rosjanie w syrii, rosja, syria, usa, wojna, żołnierze

Amerykanie ZMASAKROWALI Rosjan w Syrii? Coraz więcej informacji o tajemniczym starciu. ASTRONOMICZNE straty są prawdziwe?

Choć od tych wydarzeń mija tydzień – chaos informacyjny wciąż nie pozwala odnaleźć się w rzeczywistości. Zarówno strona amerykańska jak rosyjska mają zupełnie odmienne wersje wydarzeń. Pojawiają się też zaskakujące dane dotyczące strat sił syryjsko-rosyjskich. Podsumujmy, co wiemy o tym dziwnym wydarzeniu z Syrii.

 

Strona kurdyjska, wspierana przez Amerykanów utrzymuje, że w nocy z 7 na 8 lutego niedaleko Deir ez-Zor został przeprowadzony atak na ich bazę. Amerykanie widząc sporą kolumnę zmechanizowaną sił reżimowych, wspieranych przez Rosjan, wezwali wsparcie lotnicze.

 

Ataki z powietrza trwały niemal całą noc i dosłownie rozniosły rzekomych atakujących. Kurdowie utrzymują, że Rosjanie poprosili w pewnym momencie o rozejm, aby pozbierać zabitych i rannych z pola bitwy.

 

Strona rosyjska zaprzecza z kolei, że jakikolwiek atak miał miejsce. Zdaniem niektórych, amerykanie zaatakowali syryjsko-rosyjskie siły, które utrzymywały przyczółek na wschodnim brzegu Eufratu, który opanowany jest przez Kurdów. Po tym ataku przestał on w zasadzie istnieć i cały wschodni brzeg tej rzeki znajduje się pod kontrolą kurdyjską.

 

Równie rozbieżne są raporty o stratach. Kreml oficjalnie nie przyznaje się do żadnych. Igor Girkin „Strielkow”, znany rosyjski najemnik walczący m.in. w Donbasie podał szokującą liczbę 644 zabitych i ponad 200 rannych, jednak nie wiadomo skąd ją wziął. Rosyjscy dziennikarze twierdzą, że zidentyfikowali 20-25 rosyjskich najemników, którzy ponieśli śmierć. Amerykanie natomiast mówią o 100 wyeliminowanych żołnierzach, w tym nieznanej liczbie Rosjan.

 

Choć oficjalnie kontyngent Rosyjski niemalże wycofał się z Syrii, to wciąż spora liczba najemników z tego kraju walczy po stronie reżimu Asada. Jaki był faktyczny przebieg tego incydentu i straty? Tego zapewne nie dowiemy się nigdy. Bardziej istotne są jednak ewentualne reperkusje na arenie międzynarodowej. Tak dużego starcia między Amerykanami i Rosjanami nie było bodaj od czasów zimnej wojny.

 

 

wp.pl



isis, egzekucje, państwo islamskie, irak

Ilu POLSKICH TERRORYSTÓW WRÓCI Z SYRII? Eksperci podają niepokojące dane i OSTRZEGAJĄ: nasi rodacy walczą NIE TYLKO TAM

Polscy naukowcy publikują raport i ostrzegają, że są także inne miejsca, gdzie Polacy walczą i radykalizują się.

 

Profesor Ryszard Machnikowski i magister Arkadiusz Legieć z Uniwersytetu Łódzkiego opublikowali swój artykuł w prestiżowym czasopiśmie „Terrorism Monitor”, który jest wydawany przez Jamestown Fundation. Opisują w nim problematykę ochotników z Europy Wschodniej walczących w różnych konfliktach na świecie – na Bliskim Wschodzie i na Ukrainie.

 

Autorzy skupili się na ochotnikach pochodzących z państw Grupy Wyszehradzkiej – Polski, Węgier, Czech i Słowacji. Z tych czterech państw na Bliski Wschód pojechało najwięcej Polek i Polaków. Eksperci szacują ich liczbę na od 20 do 50 osób i – jak zaznaczają – są to szacunki „bardzo ostrożne”.

 

W wypadku konfliktu na Ukrainie liczby są dokładniejsze, bo udało się zidentyfikować ponad 100 ochotników z Grupy Wyszehradzkiej. Tu prym wiodą Słowacy i Czesi, dopiero za nimi plasują się nasi rodacy. Co ciekawe, większość zidentyfikowanych bojowników walczy po stronie prorosyjskich separatystów.

 

Co to oznacza dla opisywanych państw? Wszyscy ci ludzie stanowią potencjalne zagrożenie dla bezpieczeństwa wewnętrznego. Zarówno ci z Syrii i Iraku jak i z Ukrainy – a o tym często zapominamy. Zapewne nie wszyscy wrócą do domów – część zginie, a część znajdzie sobie nowe wojny, ale:

 

„Część z nich na pewno przeżyje, a możemy jednoznacznie stwierdzić, że to są ludzie, których da się zaliczyć do gatunku ekstremistów”

 

– mówi profesor Machnikowski.

 

Miejmy nadzieję, że wszystkich potencjalnie niebezpiecznych ludzi uda się wychwycić polskim służbom. Publikacja ekspertów zwraca uwagę, że problem powracających bojowników nie dotyczy tylko i wyłącznie państw Zachodu. Wkrótce również i my możemy mieć takie zmartwienia na głowie.

 

interia.pl