samolot, airbus, świąteczny prezent, rysunek, radar, emirates. drzwi

ŚMIERDZĄCY PROBLEM. Samolot AWARYJNIE LĄDOWAŁ z powodu wiatrów… pasażera! Na pokładzie doszło do ostrej burdy!

W konkursie na najbardziej kuriozalne powody awaryjnych lądowań, to zdarzenie chyba wygrywa. A na pewno znajduje się gdzieś na szczycie listy. Samolot linii Transavia lecący z Amsterdamu do Dubaju musiał awaryjnie lądować w Wiedniu, ponieważ jeden z pasażerów nieustannie zatruwał powietrze w maszynie! To zaś, efektem domina, doprowadziło do kolejnych niebezpiecznych sytuacji…

 

W tej sprawie każda z zaangażowanych stron ma swoje zdanie i twardo przy nim obstaje. Za pokrzywdzonych mają się zarówno starszy mężczyzna z problemami żołądkowymi jak i czwórka pasażerów wyrzuconych z samolotu. Ale zacznijmy od początku.

 

Starszy pasażer podróżujący do Dubaju okazał się problematyczny dla wszystkich w okolicy. Nieustanne gazy, które z siebie wypuszczał obrzydziły pół samolotu. Dwóch młodych mężczyzn pochodzenia marokańskiego zaczęło się z nim kłócić i żądać aby poszedł do toalety. Mężczyzna nie posłuchał.

 

Sprzeczka wkrótce przerodziła się w ostrzejszą wymianę zdań, a wreszcie – ciosów. W tej sytuacji obsługa samolotu i piloci podjęli decyzję o awaryjnym lądowaniu w Wiedniu.

 

Na pokład wkroczyła policja, która wyprosiła z niego dwóch awanturujących się mężczyzn i dwie kobiety. Te twierdzą, że padły ofiarą „rasistowskiego ataku” i nie uczestniczyły w zajściu. Innego zdania jest załoga samolotu, która zeznała, że kobiety były równie agresywne co dwóch młodych mężczyzn. One także miały marokańskie korzenie.

 

Niestety, nie wiemy co stało się ze starszym panem, który stał się zaczątkiem całego sporu. Wygląda na to, że doleciał do miejsca docelowego, nadal „umilając” współpasażerom podróż.  Linia lotnicza nie ma nic do zarzucenia załodze i pilotom, co więcej rozważa obciążenie kosztami awaryjnego lądowania czwórkę prowodyrów. Na razie dostali zakaz wstępu do maszyn tej firmy.

 

o2.pl

policja, przestępca, areszt, złodziej, 94-letnią staruszkę

Chciał ZGWAŁCIĆ 94-letnią staruszkę. Z napastnika stał się OFIARĄ – takiego obrotu spraw się nie spodziewał!

Do szokującego zdarzenia doszło w jednej z małopolskich miejscowości. Dla dobra niedoszłej ofiary i jej rodziny policja nie podaje dokładnej lokalizacji. 94-letnią staruszkę omal nie spotkał przerażający los. Na szczęście starsza pani zachowała tyle siły, że wszystko skończyło się dla niej dobrze.

 

Wszystko zaczęło się od tego, że jej syn zaprosił do domu dwóch kolegów. Panowie siedzieli, gaworzyli i spożywali alkohol. Gdy gospodarz spotkania wyszedł na moment z domu, jego 57-letni gość postanowił wykorzystać moment.

 

Udał się do pokoju, gdzie przebywała 94-letnia mama gospodarza i usiłował ją zgwałcić. Kobieta jednak nie była łatwym łupem. Głośnym krzykiem i butelką Amolu przegoniła napastnika tłukąc go po głowie!

 

Zszokowany niedoszły gwałciciel tak się przeraził, że od razu pognał do domu. Kobieta zaalarmowała swojego syna, a ten policję. Funkcjonariusze znaleźli winnego w jego domu.

 

Prokurator nie zdecydował się na zatrzymanie mężczyzny w areszcie. Wyznaczył mu dozór policyjny i zakaz zbliżania się do kobiety. Skoro tak, to może całe zdarzenie nie miało aż tak dramatycznego przebiegu jak przedstawiała kobieta? Wydaje się, że gdyby wina podejrzanego nie ulegała wątpliwości, trafiłby za kratki w oczekiwaniu na proces. Tak czy siak, teraz grozi mu od 2 do 12 lat więzienia. A gdy wieść po wsi się rozniesie – to być może nawet gorsze konsekwencje! Co dokładnie spotkało 94-letnią staruszkę wykaże postępowanie sądowe.

 

radiozet.pl

policja, finał imprezy, śmierć

MAKABRYCZNY finał imprezy: żona znalazła ZWŁOKI MĘŻA i jego kolegów! Brak jakichkolwiek śladów – co tam się stało?

Ponure zdarzenie miało miejsce w Kwiatkowicach niedaleko Gorzowa Wielkopolskiego. Na numer 112 zadzwoniła kobieta informując, że znalazła w domu ciała czterech mężczyzn. Nie dawali znaku życia, zmarli tak jak siedzieli w czasie imprezy, nie było żadnych śladów bójki czy napadu.

 

Na miejsce udała się straż pożarna z czujnikami czadu, gdyż to ten gaz podejrzewano o sprawstwo, po informacjach uzyskanych od kobiety. Na miejscu okazało się, że w powietrzu nie ma żadnej śmiercionośnej substancji.

 

Spośród czterech mężczyzn tylko jeden dawał znaki życia, dlatego został szybko przetransportowany do szpitala w Gorzowie Wielkopolskim.

 

Ponieważ strażacy nie wykryli czadu, ani pożaru, przekazali sprawę policji. Policjanci przybyli na miejsce także nie odnaleźli żadnych widocznych przyczyn, które mogły doprowadzić do śmierci mężczyzn.

 

Na pewno nie doszło między nimi do bójki, nikt nie włamał się też do mieszkania, na pewno zmarli mężczyźni nie brali wcześniej udziału w awanturze.

 

Lokalne media podają, że prawdopodobną przyczyną śmierci jest zatrucie środkami psychoaktywnymi – być może dopalaczami. Czterej mężczyźni, wśród nich dwaj bracia spotkali się na imprezie. Żona jednego z nich, nie mogąc się z nim skontaktować, przybyła na miejsce i odkryła wstrząsającą prawdę.

 

Jeśli poniedziałkowa sekcja zwłok potwierdzi przypuszczenia, to będzie to kolejne krwawe żniwo zebrane przez substancje psychoaktywne. I to najtragiczniejsze w ostatnim czasie. Zazwyczaj słyszeliśmy o pojedynczych przypadkach zatruć, tymczasem tu zmarło trzech młodych mężczyzn, a jeden walczy o życie.

 

rp.pl/ foto: zdj. ilustracyjne – screenshot

3-letnia dziewczynka, śmierć, mróz, zamarznięcie

TREGEDIA w przedszkolu! 3-letnia dziewczynka zmarła z powodu niedopatrzenia opiekunek. Jej AGONIA trwała wiele godzin!

Nie mieści się nam w głowach jak osoby pracujące z malutkimi dziećmi mogły być aż tak nieodpowiedzialne. Okazuje się jednak, że nie ma takiej granicy głupoty, której człowiek nie byłby zdolny przekroczyć. Niestety tym razem ofiarą tejże stała się 3-letnia dziewczynka.

 

Opiekunki pracujące w przedszkolu w mieście Moskowskij na przedmieściach stolicy Rosji, zabrały swoich małych podopiecznych na spacer. Niestety, po przechadzce nie sprawdziły, czy wszystkie dzieci wróciły z nimi do budynku. Okazało się, że 3-letnia Zhara Rzajewa została na dworze. Na siarczystym, rosyjskim mrozie.

 

Opiekunki zaprowadziły dzieci na posiłek i przez kilka godzin nikt nie zauważył, że brakuje jednego dziecka! Gdy zwrócono na to uwagę było już za późno. Odnaleziono je nieprzytomne niedaleko przedszkola. Lekarze przybyli na miejsce stwierdzili zgon malucha.

 

Prawdopodobnie dziewczynka zasłabła na mrozie i to doprowadziło, że leżąc przez długi czas jej organizm wychłodził się na śmierć. Zastanawia też fakt, że przez kilka godzin nikt z zewnątrz nie zauważył małego dziecka.

 

Niektórzy rodzice przypominają, że wielokrotnie skarżyli się na to, że przedszkole jest znacznie przepełnione. Grupy liczyły po 40 dzieci zamiast przepisowych 28.

 

Dokładne przyczyny śmierci 3-latki ustali sekcja zwłok. Niezależnie od tego, co wykaże, wina za to i tak spadnie na nieodpowiedzialne opiekunki. Osoby takie jak one nie powinny nigdy zajmować się dziećmi.

 

o2.pl/ foto: zdj. ilustracyjne pixabay.com

pechowy narciarz

Pechowy narciarz ZAGINĄŁ na stoku. Odnaleziono go 4600 KILOMETRÓW DALEJ! Ma za sobą NIESAMOWITĄ podróż

Jak do tego konkretnie doszło? Wciąż w 100% nie wiadomo. Pewne jest, że 7 lutego 49-letni narciarz, Constantinos Filippidis zaginął w okolicy Whiteface Mountain w stanie Nowy Jork. Po 6 dniach zadzwonił na policję z… lotniska w Sacramento w Kalifornii! Co działo się pomiędzy – policja ma kilka podejrzeń!

 

Narciarz zgłosiwszy się na policję powiedział, że niewiele pamięta z ostatnich kilku dni. Wszystko wskazuje na to, że doznał urazu głowy. Gdy na lotnisku w Sacramento zjawiły się służby aby odebrać poszukiwanego, ten wciąż miał na sobie narciarskie buty, kurtkę puchową, a w ręku trzymał kask! I na pierwszy rzut oka widać było, że jest mocno zdezorientowany.

 

W jaki sposób mógł trafić na drugi koniec Stanów Zjednoczonych? To najciekawsze, bo… nie korzystał z samolotu! Jego paszport i inne dokumenty zostały w pensjonacie, w którym uprawiał zimowe szaleństwo. Bez nich nikt nie wpuściłby go na pokład. Filippidis twierdzi, że pamięta jakąś ciężarówkę, którą podróżował, a to oznaczałoby, że odbył solidny autostop!

 

Dodatkowo policja ustaliła, że gdy dotarł do Kalifornii, skorzystał z usług fryzjera i kupił sobie nowy telefon. Intrygujące, że nikogo na ciepłym Zachodnim Wybrzeżu nie zdziwił gość w puchowej kurtce i kasku narciarskim!

 

Pechowy narciarz trafił do szpitala, a policja usiłuje ustalić co faktycznie stało się z nim w ciągu ostatnich kilku dni. Jedno nie ulega wątpliwości – miał niesamowicie dużo szczęścia!

polski kierowca, bmw, holował, dostawczaka, dostawczak, policja

Polski kierowca ZASZOKOWAŁ! Holował osobówką DUŻEGO DOSTAWCZAKA na za małej i PRZECIĄŻONEJ przyczepie! Rozbił bank z KARAMI!

Ilość wykroczeń, które popełnił polski kierowca zatrzymany przez czeską policje niedaleko Ostrawy budzi podziw. Może nie jest to najlepsze słowo w tej sytuacji, ale faktycznie facet wykazał się niesamowitym sprytem, pomysłowością i głupotą zarazem. Ale zacznijmy od początku.

 

Czesi zatrzymali ten nietypowy transport na… autostradzie. Sam fakt połączenia osobowego BMW z małą przyczepą-lawetą i znacznie wystającym poza jej obrys dostawczakiem musi budzić zdziwienie. Ale do tego należy jeszcze dodać, że laweta nie dość, że za mała, to była przeciążona o ponad tonę!

 

Jakby tego było mało kierowca nie miał przy sobie absolutnie żadnych dokumentów. Ani pozwoleń na takich transport, ani nawet prawa jazdy! Choć nie do końca. Prawo jazdy było, ale… tylko na zdjęciach w jego telefonie komórkowym. To jednak czeskim policjantom nie wystarczyło.

 

Ewidentnie Polak nie przypadł im do gustu, bo postanowili dokładniej skontrolować jego wóz i uznali, że szyby w jego BMW są za mocno przyciemnione – za to dostał kolejny mandat.

 

Łącznie musi zapłacić 50 tysięcy koron – czyli równowartość około 8 tysięcy złotych na poczet grzywny. To jednak nie koniec – sprawa trafi do sądu, toteż nieodpowiedzialny kierowca musi spodziewać się dalszych problemów.

 

Poza tym obciążono go kosztami ściągnięcia odpowiedniej wielkości holownika, który odwiózł uszkodzonego dostawczaka do Polski. To był naprawdę czarny dzień dla tego gościa – ale czy niezasłużenie?

Policja, bezdomny, pożar, ogien,

SZOK! Pijany bezdomny zaczął PŁONĄĆ siedząc w radiowozie! Zamiast do izby wytrzeźwień trafił do szpitala w CIĘŻKIM STANIE!

Ta historia wydaje się wręcz nieprawdopodobna, ale wydarzyła się w środę w Głogowie. Okoliczności są aktualnie badane przez prokuraturę, a poparzony bezdomny walczy o życie w szpitalu. Policja prowadzi swoje własne wewnętrzne śledztwo w celu wyjaśnienia sprawy.

 

W środę około 14 patrol policji dostał informację o bezdomnym znajdującym się w stanie upojenia alkoholowego. Funkcjonariusze, którzy przybyli na miejsce zapakowali go do radiowozu z zamiarem zawiezienia do izby wytrzeźwień.

 

W pewnym momencie poczuli dym z tylnej części auta. Okazało się, że odzież na kloszardzie zaczęła się palić! Policjanci wyprowadzili go z radiowozu i ugasili ogień gaśnicami. Pijany bezdomny z poparzeniami II i III stopnia trafił do szpitala w Głogowie.

 

Kto zawinął i jak mogło dojść do czegoś takiego? Być może policjanci nie przyłożyli się do przeszukania nietrzeźwego bezdomnego i nie zauważyli, że ma przy sobie zapałki lub zapalniczkę. Raczej należałoby wykluczyć moce nadprzyrodzone i samozapłon z powodu dużego stężenia alkoholu w organizmie, ale przecież nigdy nic nie wiadomo…

 

 

onet.pl/ twitter.com foto: zdj. ilustracyjne/ youtube. com

policja, przestępca, areszt, złodziej, 94-letnią staruszkę

Warszawa: ukrywający się PRZESTĘPCA sam zgłosił się na policję, bo… miał DOŚĆ swojej dziewczyny! Powiedział policjantom, że…

Ta historia jest godna komediowego filmu. Ale wydarzyła się naprawdę i to w stolicy naszego pięknego kraju. Warszawski przestępca – złodziej samochodów przyszedł w środku nocy na komisariat policji, powiedział kim jest i za co powinien odbyć karę. Mężczyzna uznał, że za kratami będzie mu lepiej niż ze swoją partnerką!

 

Jakby tego było mało, do zdarzenia doszło w walentynkową noc! O 2:30 w czwartek na komisariat przy ulicy Wilczej zgłosił się 34-letni mężczyzna. Powiedział, że nie wyjdzie z komisariatu dopóki nie zostanie zatrzymany. Przedstawił się i wyjawił, że od roku jest poszukiwany w celu odbycia wyroku.

 

Zszokowani policjanci postanowili sprawdzić to co wygaduje niespodziewany gość. I faktycznie – okazało się, że Cezary I. rok temu został skazany przez sąd na Woli za kradzież samochodu. Miał odsiedzieć rok i pięć miesięcy, a do zakładu karnego powinien się zgłosić w grudniu 2016 roku.

 

Skruszony złodziej wyznał, że przyszedł na policję, bo ma dość ukrywania się i ciągłych kłótni ze swoją partnerką. Uznał, że woli – uwaga, uwaga – „odpocząć”, w więzieniu niż dalej tak żyć.

 

Mundurowi spełnili jego życzenie i jeszcze tego samego dnia trafił do aresztu. Teraz, zgodnie z wyrokiem przestępca będzie „wypoczywał” przez niemalże półtora roku.

 

Po raz kolejny potwierdza się, że na mężczyznę największy wpływ ma kobieta. Ta zapewne tak długo wierciła dziurę w brzuchu swojego ukochanego, że wolał iść do kicia niż słuchać tego jazgotu. I dobrze. Za swoje czyny należy ponosić odpowiedzialność, a w tym wypadku, jak widać skuteczniejsza była kobieta od aparatu ścigania!

 

warszawa.onet.pl

agresja drogowa, wypadek, droga, policja

Zaczęli się BIĆ na środku drogi ekspresowej! Drogowa agresja zakończyła się TRAGICZNIE!

Jeśli kiedykolwiek bawiły Was nagrania kierowców-furiatów, którzy po jakimś incydencie drogowym zaczynali się lać – teraz Wasze podejście może się zmienić. Agresja drogowa, to niebezpieczna sytuacja, która niestety musiała w końcu skończyć się tragicznie. Niestety, trafiło m.in. na ojca trójki dzieci.

 

Okoliczności tego wypadku nie są w 100% jasne, ale wszystko wskazuje na to, że przyczyną wypadku na drodze ekspresowej S8 była bójka. W poprzedni piątek, w okolicy miejscowości Stare Krzewo, na odcinku BiałystokZambrów ciężarówka na białoruskich numerach rejestracyjnych wjechała w dwa samochody stojące na jezdni. Uderzone auta potrąciły dwie osoby stojące przed nimi. Niestety obie zginęły na miejscu.

 

Zapewne każdy pomyślałby, że nieostrożny, może pijany kierowca ze wschodu zabił dwóch niewinnych ludzi, które np. majstrowały przy zepsutym samochodzie. Wygląda jednak na to, że tym razem prawda jest inna.

 

Auto dostawcze i Peugeot 307 nie stały na poboczu, a na prawym pasie jezdni! Według świadków wypadku chwilę wcześniej jeden z tych samochodów zajechał drogę drugiemu. Doszło do swoistej „drogowej przepychanki” aż wreszcie kierowcy nie wytrzymali. Zatrzymali auta i zaczęli bić się na środku ruchliwej drogi ekspresowej!

 

Wersję tę zdaje się potwierdzać fakt, że policja znalazła na miejscu wypadku pojemnik z gazem łzawiącym. Mógł on być wykorzystany w szamotaninie, ale nie wyklucze, że po prostu wypadł z samochodu w momencie uderzenia.

 

Za tą wersją wydarzeń świadczą też działania prokuratury, która wypuściła Białorusina za poręczeniem majątkowym. Za spowodowanie takiego wypadku powinno grozić 8 lat więzienia. Skoro prokurator zdecydował się na taki krok, to musi mieć dużą dozę pewności jak wyglądało to zdarzenie.

 

Jednak najtragiczniejszy jest fakt, że przez – prawdopodobnie – nie utrzymanie nerwów na wodzy zginęło dwóch mężczyzn – 29 latek i 40-latek. Ten drugi osierocił trójkę dzieci, w tym jedno poważnie chore.

 

Jeśli kiedykolwiek na drodze puszczają Wam nerwy – miejcie w pamięci, że brak odpowiedzialności naraża nie tylko Was, ale także osoby postronne i Waszych bliskich. Może ta dramatyczna historia otworzy komuś klapki na oczach, bo wszystko wskazuje na to, że ten wypadek nie miał prawa się wydarzyć, gdy rozum zwyciężył nad emocjami.

 

onet.pl