nanga parbat, revol, mackiewicz, himalaizm, pakistan

Pakistańczycy bronią się przed OSKARŻENIAMI REVOL: „tylko ich odwaga i zuchwałość sprawiają, że zdobyli szczyt zimą”

Wygląda na to, że w sprawie Nanga Parbat prędko nie uda się ustalić jednej spójnej wersji, akceptowalnej dla wszystkich. Do ostatnich oskarżeń Elisabeth Revol odnieśli się przedstawiciele pakistańskich władz. Wspinaczka obwiniła je o nieuratowanie Tomasza Mackiewicza i oskarżała o opieszałość, kłamstwa i bezduszność.

 

Zdaniem Revol to właśnie zwlekanie przedstawicieli władz pakistańskich sprawiło, że akcja ratunkowa nie przebiegła w pełni pomyślnie. Gdyby została uruchomiona natychmiast po pierwszych prośbach o pomoc – jej zdaniem – byłaby możliwość dotarcia do Tomka Mackiewicza.

 

Pakistańczycy odpierają zarzuty. Po pierwsze przypominają, że w ich kraju po prostu nie ma instytucji ratowniczych, które świadczyłyby takie usługi. Agencje turystyczne i firmy, które są nie posiadają odpowiedniego zaplecza, umiejętności i sprzętu.

 

W drugim punkcie swojego oświadczenia wręcz atakują himalaistów ogółem. Uważają, że tylko „odwaga i zuchwałość” pozwala im zdobywać Nangę zimą. Urzędnicy piszą, że pakiety (ubezpieczeniowe? Pozwolenia wspinaczkowe? – tego nie precyzują) wybierane przez nich na Nanga Parbat są podstawowe i nie zawierają wielu elementów. Ten argument jednak jest zupełnie sprzeczny z pozostałymi, w których Pakistańczycy twierdzą, że i tak nie mają sprzętu i instytucji, które mogłyby nieść pomoc wysokogórską. Cóż więc za różnica jaki pakiet wybierze wspinacz?

 

Kwestia sprzętowa jest też poruszona w dalszej części oświadczenia. Firma Azari Aviation, która operuje śmigłowcami w rejonie Nanga Parbat nie posiada helikopterów zdolnych na wzniesienie się powyżej 6000 metrów. To z kolei powinna doskonale wiedzieć i Elisabeth i Tomek, którzy od kilku lat, niemal rok, w rok przybywali pod ten szczyt. Tak samo jak powinni zdawać sobie sprawę, że gdyby nie polska ekipa pod K2, nikt by po nich nie wyruszył.

 

Na koniec urzędnicy podkreślają, że władze Francji i Polski nie kontaktowały się z nimi po akcji ratunkowej i że sama Revol nie skarżyła się na nic w trakcie pobytu w pakistańskich szpitalach.

 

Niestety, ale wydaje się, że ta wymiana zdań do niczego nas nie przybliża.

 

Z jednej strony Pakistańczycy zrzucający winę na nieodpowiedzialnych himalaistów w jednym zdaniu, a w drugim twierdzący, że i tak nie mają możliwości pomocy.

 

Z drugiej Elisabeth Revol, która tuż po tragedii utrzymuje, że stan Tomka był „agonalny” w momencie rozstania się z nim, a dwa tygodnie później twierdząca, że była możliwość uratowania Polaka i że przez cały czas był świadomy choć bardzo słaby.

 

Zbyt wiele różni te stanowiska, abyśmy mogli z nich ułożyć jedną, spójną historię. Ale może czas i opadające emocje pozwolą na to w przyszłości?

 

wp.pl

Nanga Parbat, Tomasz Mackiewicz

To może być PRZEŁOM w sprawie Tomasza Mackiewicza. Karkołomny plan grupy wspinaczy pozwoli nam poznać PRAWDĘ?

Profil Facebook Pakistan Mountain News podał dziś do wiadomości, że grupa wspinaczy z tego kraju planuje wybrać się na Nanga Parbat w poszukiwaniu ciała Tomasza Mackiewicza. Jeśli akcja dojdzie do skutku, być może w ciągu kilku miesięcy nasza wiedza o tragedii na tym ośmiotysięczniku poszerzy się.

 

Niestety profil od razu zastrzega, że informacja ta nie jest potwierdzona. Rzekomo ma chodzić o lokalnych wspinaczy, pod wodzą Hasana Jaana, który w 2014 roku zdobył K2. W tej wiadomości może być jednak ziarno prawdy. Po pierwsze wiemy, że ojciec Mackiewicza nie składa broni i jest bardzo zmotywowany, aby potwierdzić los swojego syna.

 

Po drugie Tomasz Mackiewicz jest osobną znaną lokalnej społeczności, bardzo przez nią cenioną i szanowaną. Polak wielokrotnie pomagał lokalnym mieszkańcom, przywoził im ubrania, zabawki, słodycze i leki. Był bardzo zżyty z mieszkańcami dolin wokół Nanga Parbat i zawsze mógł liczyć na ich pomoc.

 

 

Czy i tym razem ludzie, których serce zdobył polski himalaista odpłacą mu się tą ostatnią posługą? Akcja na wysokości 7400 metrów może być bardzo ryzykowna i nie możemy od nikogo wymagać, aby z narażeniem własnego życia poszukiwał zwłok i próbował je znieść na dół. To ostatnie będzie z pewnością niewykonalne. Być może jednak uda się zlokalizować ciało Tomka, określić jak wyglądały jego ostatnie chwile, a dzięki temu zweryfikować relację Elisabeth Revol.

 

Poza tym, Mackiewicz zasługuje na to, aby jego ciało zostało pochowane i skryte przed wzrokiem innych wspinaczy. Miejmy nadzieję, że informacja ta okaże się prawdą, a Nanga pozwoli ekipie na odnalezienie i godne upamiętnienie Tomka. Na razie jednak ostudźmy emocje – dopóki trwa zima nikt rozsądny nie ruszy w górę. Być może wiosną, gdy pogoda się uspokoi doczekamy się takiej ekspedycji. Jednak i wtedy pogoda, m.in. duże opady śniegu, mogą uniemożliwić odnalezienie Polaka.

 

wp.pl/facebook.com

Jaki naprawdę był Tomek Mackiewicz? Kto obwinia Francuzkę za jego śmierć? Dramat na Nanga Parbat w mediach [VIDEO]

Ta wyprawa Tomasza Mackiewicza na Nanga Parbat poruszyła nie tylko światowe media, ale przede wszystkim tysiące internautów, którzy śledzili losy polskiego himalaisty. Skąd więc hejt kierowany w kierunku Revol? Dlaczego o tej wyprawie było tak głośno i kim są anonimowi pseudoeksperci? ZOBACZ VIDEO

 

 

 

„Jego twarz zaczęła dosłownie zamarzać” – Elisabeth Revol PIERWSZY RAZ przedstawiła swoją wersję wydarzeń z Nanga Parbat

Wszyscy śledzący akcję ratunkową z niecierpliwością czekali na pierwszą relację Elisabeth Revol. Wszystko, co do tej pory wiedzieliśmy było tylko szczątkowymi informacjami, głównie od polskiej ekipy ratunkowej. Choć Elisabeth swoją wersję przedstawiła – paradoksalnie pytań wcale nie ubywa.

 

Elisabeth opowiedziała o zdobyciu szczytu dziennikarzom agencji AFP. Według niej, do godziny 18  w czwartek nic nie zapowiadało tragedii – oboje czuli się dobrze, ale gdy zdobyli szczyt i zaczął zapadać zmrok, Tomek miał powiedzieć, że nic nie widzi. Dlatego szybko zaczęli zejście.

 

Całą drogę Tomasz szedł uczepiony ramienia Elisabeth, bo zapadł na ślepotę śnieżną. Dodatkowo, szybko doszły problemy z oddychaniem.

 

„Zdjął maskę ochronną, którą miał na ustach, a jego twarz dosłownie zaczęła zamarzać, jego nos zrobił się biały, podobnie jak ręce i stopy”

– opowiadała himalaistka.

 

Wiedząc, że nie dotrą do najbliższego namiotu zanocowali w szczelinie na wysokości 7200 metrów. Po nocy na mrozie stan Mackiewicza był już krytyczny – krew ciekła mu z ust, co według dziennikarzy AFP sugeruje ostatnie stadium choroby wysokościowej.

 

„Powiedziano mi: jeśli zejdziesz do 6 tys. metrów, stamtąd cię zabierzemy, a Tomka odbierzemy (helikopterem – przyp. AFP) z wysokości 7200 m n.p.m.”

 

– tak Revol relacjonowała decyzję o zejściu i pozostawieniu Tomasza Mackiewicza na górze. Nie wiemy jednak, kto jej coś takiego powiedział. Dalej Elisabeth twierdzi, że wysłała koordynaty GPS pozycji Tomka i sama zaczęła schodzić. Obiecała swojemu partnerowi, że przylecą po niego śmigłowcem. Można powiedzieć, że wspinaczka broni się iż pozostawienie Mackiewicza nie było do końca jej decyzją.

 

W piątek udało jej się zejść na około 6800, ale śmigłowiec nie przyleciał. Spędziła drugą noc w szczelnie śnieżnej, trzęsąc się z zimna i mając halucynacje. Mówi, że nie wzięła ze sobą żadnego sprzętu biwakowego, bo spodziewała się, że śmigłowce zaraz przylecą. W sobotę zdecydowała się na dalsze zejście. W nocy z soboty na niedzielę około 3 w nocy natknęła się na polskich ratowników.

 

W gruncie rzeczy relacja ta wcale nie wnosi tak wiele, jak moglibyśmy chcieć. Usłyszeliśmy potwierdzenie zdobycia szczytu – ale wciąż nie ma na to żadnych dowodów. Nie wiemy z kim Revol kontaktowała się w sprawie akcji ratowniczej – ale można przyjąć, że albo ktoś wprowadził ją w błąd, albo sama czegoś nie zrozumiała z powodu wyczerpania.

 

Jeśli przesłała pozycję GPS Mackiewicza, to ewentualne zlokalizowanie ciała powinno być znacznie łatwiejsze. Jak dotąd jednak nikt poza nią nie wspominał, że takie koordynaty posiada. Pewne wątpliwości może budzić też stan Tomka Mackiewicza – z jednej strony wiedzieliśmy, że nad ranem w piątek był już „agonalny”, z drugiej Revol tłumaczyła mu powody swojego zejścia. Czy do tego momentu Tomek zachował chociaż szczątki świadomości? I

 

Nie ulega wątpliwości, że nadziei na ratunek Tomasza Mackiewicza w takich warunkach nie było. Niemniej jednak pewne elementy relacji Revol zamiast tłumaczyć, stawiają de facto kolejne pytania. Bardzo smutny jest też sposób zredagowania wywiadu z nią – francuskie media zupełnie pomijają udział Polaków w akcji ratunkowej. Być może kolejne dni  przyniosą nam nieco szerszą relację lub wyjaśnienie wątpliwości?

 

 

wprost.pl

Tomasz Mackiewicz

„Na Nandze żyją dziwne duchy”. Mackiewicz NIE BYŁ samobójcą: „Mogłem tam wejść, ale…” – tak jeszcze niedawno opisywał swoje wyprawy

O ostatniej, tragicznej wyprawie Tomka Mackiewicza na Naga Parbat napisano już bardzo wiele. Często były to opinie skrajnie krzywdzące polskiego himalaistę. Zazwyczaj wypowiadały je osoby, które z tą postacią spotkały się dopiero w momencie rozpoczęcia akcji ratunkowej. O tym, jakie podejście do swojej pasji miał Mackiewicz przypomniał jeden z dziennikarzy.

 

Tomasz Gorazdowski, dziennikarz Polskiego Radia udostępnił na swoim profilu Facebook rozmowę, którą odbył z Tomaszem Mackiewiczem rok temu po poprzedniej wyprawie na Nanga Parbat.

 

„W kraju, w którym (jak pokazują badania), zdecydowana większość ludzi nie ma żadnej pasji, nie ma chyba sensu odpowiadać tym, którzy najłagodniej piszą… „a po co tam lazł” – oni nie zrozumieją. O troglodytach hejtu już nawet nie wspomnę. Dla tych, którzy mogą mieć ze zrozumieniem kłopot, ale chcą, moja ostatnia rozmowa z Tomaszem Mackiewiczem, po ostatnim nieudanym/udanym powrocie z Nanga Parbat”

– napisał dziennikarz.

 

 

W rozmowie poruszane są m.in. kwestie związane z ryzykiem zdobywania zimowych ośmiotysięczników. Mackiewicz w tej kwestii miał bardzo rozsądne podejście:

 

„Byłem bardzo blisko. Szczyt w zasięgu ręki, widać go było jak na dłoni. Mógłbym wejść na niego w tym roku, ale… nie zszedłbym. Trzeba mieć tę świadomość, że pragnienie posiadania czegoś może skończyć się skończeniem wszystkiego. Naszego życia, które jest przecież niesamowitym doświadczeniem”

– opowiedział o próbie z 2015 roku, kiedy wraz z Elisabeth Revol osiągnął aż 7800 metrów.

 

O swojej wspinaczkowej partnerce także wypowiadał się bardzo ciepło:

 

„Kapitalne partnerstwo. Do tej pory były takie opinie, że takie połączenie (para kobieta-mężczyzna – przyp. red.) w górach się nie sprawdzi, a ja nie miałem jeszcze lepszego partnera”

 

Romantyk w górach

 

Do samego szczytu Mackiewicz miał ogromną pokorę i – jak stwierdził dziennikarz przeprowadzający wywiad – romantyczne podejście:

 

„Ja wiem, że ta góra jest takim dziwnym bytem. Zresztą lokalna społeczność jest bardzo silnie przekonana o tym, że tam żyją jakieś mistyczne, niewidoczne istoty, dziwne duchy.

– opowiadał.

 

Widać więc jak na dłoni, że Tomek Mackiewicz nie dążył po trupach do celu i nie próbował za wszelką cenę zdobyć szczytu. Znał wartość swojego życia i raczej nie szarżował bezmyślnie na poprzednich wyprawach. Zresztą, każdą z nich nazywał „udaną”, bo wracał, mimo że bez zdobycia szczytu.

 

Tym razem prawdopodobnie szczyt zdobył, ale nie wrócił. Jaki popełnił błąd? Czy mógł zrobić coś inaczej? Być może Elizabeth Revol wkrótce rzuci na ten temat więcej światła. Niewątpliwie Tomek zapisał szczególną kartę w historii himalaizmu. Nie był postacią kryształową i zapewne popełnił w życiu masę błędów – jak każdy. Niech jego przesłanie na temat gór towarzyszy nie tylko wspinaczom:

 

„Chciałem przemycić troszkę takiej wrażliwości, której może sam mam zbyt wiele. Żeby uwrażliwiać ludzi tą opowieścią, historią i podejściem do gór. […]Wyścig szczurów nawet w górach można zaobserwować. Jakieś wymyślone, abstrakcyjne historie są ważniejsze od drugiego człowieka. Ja bym chciał uwrażliwiać ludzi, że jednak drugi człowiek jest bardzo ważny w życiu.”

 

Bielecki 2 lata temu prawie ZGINĄŁ na Nanga Parbat. Teraz ratując cudze życie złamał swoją ŻELAZNĄ ZASADĘ. „Sytuacja była wyjątkowa”

2 lata temu Adam Bielecki wraz z Jackiem Czechem próbowali jako pierwsi zdobyć zimą Nanga Parbat. Wtedy ściana Kinschofera, najtrudniejszy element wspinaczki na szczyt nie poddała się dwójce polskich himalaistów. Co więcej, Adam Bielecki zaliczył wypadek, który nie miał prawa się zdarzyć, a dodatkowo mógł skończyć się śmiercią.

 

W czasie wspinaczki w styczniu 2016 roku pod Bieleckim urwała się lina poręczowa – nowa, którą sam przed momentem założył. Poleciał po stromym stoku prawie 80 metrów, na szczęście druga lina i asekuracja Daniele Nardiego – członka innej ekspedycji, z którym Polacy współpracowali – uratowała mu życie.

 

„Gdyby druga lina nie wytrzymała to pewnie przeleciałbym przez próg ”skoczni” i wylądował gdzieś na lodowcu, 1500 metrów niżej. Życie uratowała mi dodatkowa asekuracja. To nie miało prawa się zdarzyć. Przeżyłem, bo dwie wkręcone w lód śruby wytrzymały.”

– opowiadał o tym wypadku Bielecki. Ostatecznie skończyło się na kilku otarciach i potłuczonej ręce.

 

Nic dziwnego, że Bielecki szczególnie dba o bezpieczeństwo w górach. Bo jak sam mówi chce być „starym himalaistą, a nie dobrym himalaistą”. Tegoroczna akcja ratunkowa na Naga Parbat wymagała od niego nagięcia pewnych żelaznych zasad wspinaczkowych, które wyznaje.

 

Bielecki wraz z Denisem Urubko postanowili wykorzystać stare liny poręczowe rozwinięte na ścianie Kinschofera. Było to więc to samo miejsce, w którym dwa lata temu miał wypadek i które wtedy pokonało go. Istniało ryzyko, że któraś ze starych lin może się urwać, tak jak urwała się zupełnie nowa, którą Adam zakładał 2 lata wcześniej.

 

Tym razem, mimo nocy, dojmującego mrozu i ryzyka pokonali ponad tysiącmetrowy odcinek w niespełna 8 godzin! I to właśnie czas był najważniejszy w całej akcji.

 

„Dlatego margines bezpieczeństwa zostawiliśmy sobie mniejszy. Poszliśmy na lekko, bez żadnego sprzętu biwakowego. Bardzo mało zakładaliśmy punktów asekuracyjnych. Wszystko to było spowodowane pośpiechem, bo wiedzieliśmy, że zegar tyka, że za kilkanaście godzin zerwą się huraganowe wiatry i nie będziemy mieli żadnych szans na dotarcie do poszkodowanych”

– powiedział Bielecki w rozmowie z TVN 24

 

To wydarzenie jeszcze lepiej pokazuje hart ducha Denisa Urubki i Adama Bieleckiego. Szczególnie drugi himalaista, który nie tak dawno temu w tym samym miejscu omal nie stracił życia przesunął swoje granice wytrzymałości jeszcze dalej. Zaryzykował, żeby ocalić inne ludzkie życie. To dobitnie pokazuje jak wielkim zaangażowaniem wykazali się obaj wspinacze – gdyby któraś z poręczówek nie wytrzymała mogło dojść do tragedii. A jednak się nie zawahali!

 

Wideo nagrane po wypadku Bieleckiego w 2016 roku możecie obejrzeć tu:

 

tvn24/gazeta.pl