Donald Trump znalazł sobie nowe zajęcie na emeryturze i nie jest to gra w golfa na Florydzie. Amerykański przywódca, rozochocony błyskawicznym sukcesem styczniowej operacji w Caracas, ogłosił światu swój plan B: start w wyborach prezydenckich w Wenezueli.
Twierdzi, że sondaże dają mu historyczne zwycięstwo, a bariera językowa dla takiego geniusza to jedynie drobna formalność.
Sondażowy król Caracas?
Donald Trump najwyraźniej uznał, że Biały Dom to dla niego za mało. Podczas ostatniej konferencji prasowej prezydent USA, z właściwą sobie skromnością, wypalił, że w Wenezueli cieszy się popularnością, o jakiej lokalni politycy mogą tylko pomarzyć.
Mówią, że jeśli wystartowałbym na prezydenta Wenezueli, moje notowania w sondażach są wyższe niż kogokolwiek kiedykolwiek w Wenezueli
– chwalił się Trump, snując wizję przeprowadzki na południe po zakończeniu kariery w Waszyngtonie.
Co z językiem? Dla Trumpa to żadna przeszkoda. Prezydent zapewnił, że hiszpański opanuje w mgnieniu oka, bo przecież „jest dobry w językach”. Wizja Donalda wykrzykującego „Make Venezuela Great Again” po hiszpańsku staje się coraz bardziej realna – przynajmniej w jego głowie, którą sam określa jako „wspaniałą opcję”.
45 minut i po krzyku, czyli Maduro w nowojorskim sądzie
Skąd ten nagły sentyment do Wenezueli? Wszystko zaczęło się 3 stycznia, kiedy USA przeprowadziły militarny „blitzkrieg” w Caracas. Trump z dumą ogłosił, że wieloletni dyktator Nicolás Maduro został schwytany wraz z żoną i wywieziony z kraju. Cała operacja miała zająć – według prezydenta – zaledwie trzy kwadranse.
Zakończyliśmy to w 45 minut
– powtarza jak mantrę lider USA, traktując obalenie reżimu jak szybką partyjkę szachów.
Tymczasem Maduro, zamiast w prezydenckim pałacu, wylądował przed sądem federalnym w Nowym Jorku. Oskarżony o narkoterroryzm, były dyktator próbuje robić dobrą minę do złej gry.
Jestem niewinny. Jestem przyzwoitym człowiekiem. Uważam się za jeńca wojennego
– żalił się przed sądem, podczas gdy jego żona, Cilia Flores, również zaklinała się, że nie ma z zarzutami nic wspólnego.
Nowy ład i hiszpański temperament Donalda
Obecnie władzę w Wenezueli tymczasowo dzierży Delcy Rodríguez, z której Trump jest – póki co – „bardzo zadowolony”. Jednak widmo Donalda wkraczającego do Caracas z kampanią wyborczą wisi w powietrzu. To nie pierwszy raz, kiedy prezydent żartuje (lub mówi całkiem poważnie), że po prezydenturze w USA zamierza zostać „najwyżej notowaną osobą” w Ameryce Łacińskiej.
Czy świat jest gotowy na Trumpa w wersji latino? Sam zainteresowany nie ma wątpliwości. Jeśli faktycznie opanuje hiszpański tak szybko, jak obiecuje, kampania wyborcza w Wenezueli może być najbardziej kolorowym widowiskiem w historii tego kontynentu. Jedno jest pewne: Trump w Wenezueli na pewno nie będzie się „płaszczył”.
Magdalena Kwiatkowska
