Amerykańska stolica znów zadrżała z przerażenia po dramatycznej strzelaninie, do której doszło w bezpośrednim sąsiedztwie Białego Domu. Uzbrojony i podejrzany osobnik otworzył ogień w kierunku agentów Secret Service, gdy ci podjęli próbę jego zatrzymania.
W wyniku wymiany strzałów ranny został zarówno napastnik, postrzelony podczas ucieczki, jak i przypadkowy nastolatek, który znalazł się w linii ognia. Obie ofiary incydentu zostały natychmiast przetransportowane do szpitala.
Prezydent w środku, wiceprezydent na trasie
W momencie ataku prezydent Donald Trump przebywał wewnątrz Białego Domu, jednak wicedyrektor Secret Service Matthew Quinn przyznał, że na ten moment nie wiadomo, czy atak był wymierzony bezpośrednio w głowę państwa.
Służby badają również wątek ewentualnej próby wtargnięcia podejrzanego do prezydenckiej rezydencji. Co więcej, tuż przed wybuchem strzelaniny w pobliżu przejeżdżała kolumna z wiceprezydentem J.D. Vance’em, choć śledczy nie podejrzewają, by to on był pierwotnym celem zamachowca.
Waszyngton jak oblężona twierdza
Amerykańskie służby znajdują się w stanie podwyższonej gotowości po serii niepokojących incydentów wymierzonych w najwyższych urzędników państwowych. Zaledwie 25 kwietnia doszło do ewakuacji pary prezydenckiej oraz wiceprezydenta z hotelu Hilton, gdy podczas gali dziennikarzy padły strzały oddane przez 31-letniego Cole’a Tomasa Allena.
Napastnik z Kalifornii pozostawił manifest, w którym wprost deklarował nienawiść do przedstawicieli administracji. Służby z niepokojem zauważają, że do ataku w hotelu doszło w tym samym miejscu, w którym w 1981 roku przeprowadzono zamach na Ronalda Reagana.
Nina Makowska
