Rządząca koalicja przystępuje do ostatecznej fazy operacji „resetu” w Trybunale Konstytucyjnym. Planowana na najbliższe posiedzenie Sejmu uchwała to groźne narzędzie, mające posłużyć do siłowego przejęcia kontroli nad jedynym organem mogącym jeszcze hamować arbitralne decyzje władzy.
To kolejna odsłona siłowego niszczenia instytucji państwa, w której prawo zastępuje się „wolą większości” wyrażoną w dokumencie, który nie posiada mocy wiążącej, a służy jedynie jako polityczny cep.
Demontaż praworządności pod przykrywką „naprawy”
Do mediów przeciekł dziś projekt uchwały autorstwa polityków koalicji rządzącej. Mechanizm, który koalicja zamierza zastosować, jest dobrze znany z wcześniejszych działań wobec Prokuratury Krajowej. Zamiast procedować zmianę ustawową, która wymagałaby podpisu prezydenta i podlegałaby kontroli konstytucyjnej, większość sejmowa wybiera drogę uchwały. Jest to jawne obejście konstytucyjnych procedur tworzenia prawa.
Projekt uchwały uderza w samo sedno niezależności sądownictwa. Zawiera on bezprecedensowe zapisy kwestionujące legalność prezesury Bogdana Święczkowskiego, a także jego poprzedniczki, Julii Przyłębskiej.
Autorzy projektu, sięgając po argumentację opartą na wybiórczym odczytaniu grudniowych orzeczeń TSUE, dążą do uznania, że Trybunałem kieruje osoba nieuprawniona, a każda jej decyzja, w tym wyznaczanie składów orzekających, jest dotknięta wadą prawną.
To otwarte zaproszenie do chaosu. Jeśli uchwała zostanie przyjęta, koalicja otrzyma „polityczną licencję” na ignorowanie wszelkich orzeczeń TK, tak jak już wcześniej ignorowała publikację wyroków, uznając je za nieistniejące.
Ścieżka do kadrowego „resetu” i niebezpieczne precedensy
Cel operacji jest jasny – chodzi o szybką wymianę kadr i obsadzenie sześciu wakatów w Trybunale sędziami wybranymi przez obecną większość.
Marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty, wyznaczając rekordowo krótkie terminy na zgłaszanie kandydatów, wywiera presję na tempo procesu, który w normalnych warunkach wymagałby szerokiego konsensusu i debaty.
Najbardziej niebezpiecznym aspektem planu jest sposób, w jaki koalicja chce „rozwiązać problem” tzw. sędziów-dublerów (to sędziowie legalnie wybrani i powołani w miejsce tych, których „na zapas” w 2015 roku wybrali politycy PO). Uchwała, choć retorycznie kwestionuje ich status, otwiera furtkę do uznania, że Trybunał w dotychczasowym kształcie przestał spełniać wymogi sądu niezawisłego i bezstronnego.
Takie postawienie sprawy de facto unieważnia lata pracy organu, który był strażnikiem konstytucji. Pojawiają się głosy, że w razie próby siłowego usunięcia prezesa Święczkowskiego, na czele Trybunału może stanąć sędzia z najdłuższym stażem – w praktyce jeden z „nowych” nominatów koalicji, co doprowadzi do sytuacji, w której władza wykonawcza sama wyznacza sobie sędziów do kontroli własnych działań.
Czy prezydent stanie na drodze do arbitralności?
Kwestią otwartą pozostaje postawa prezydenta Andrzeja Dudy. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że nie uzna on argumentacji zawartej w sejmowej uchwale. Pałac Prezydencki stoi na stanowisku, że status sędziów, których ślubowanie przyjął prezydent, jest nienaruszalny.
Koalicja zdaje się jednak zakładać, że nieustająca presja polityczna, połączona z „resetującymi” uchwałami, w końcu złamie opór instytucjonalny.
W kuluarach debatuje się, czy koalicja nie przygotowuje gruntu pod sytuację, w której sędziowie wybrani przez obecny Sejm spróbują zasiąść w Trybunale bez zaprzysiężenia przed głową państwa lub wbrew jej sprzeciwowi, co byłoby ostatecznym zerwaniem z konstytucyjną ciągłością państwa.
„Metadane” jako symbol chaosu: Kto za tym stoi?
Interesującym wątkiem w tej sprawie jest osoba dr. hab. Macieja Taborowskiego, którego nazwisko widnieje w metadanych dokumentu jako autora. Sam zainteresowany, wymieniany jako potencjalny kandydat do TK, odcina się od autorstwa, wskazując jedynie na udział w konsultacjach eksperckich.
Ten szczegół idealnie oddaje atmosferę wokół całego projektu: dokumentu, za którym nikt nie chce wziąć pełnej odpowiedzialności, a który ma stać się fundamentem dla fundamentalnych zmian w ustroju państwa.
W całej operacji nie chodzi tutaj o „naprawę” czy „odbudowę zaufania”, o czym tak chętnie mówią liderzy koalicji. Chodzi o pełne przejęcie kontroli nad organem, który ma ostatnie słowo w kwestii zgodności ustaw z konstytucją.
Jeśli ten plan się powiedzie, Polska wejdzie w fazę ustrojowego „nowego otwarcia”, w którym konstytucja będzie tym, co akurat przegłosuje sejmowa większość.
Ola Długosz
