Polscy przewoźnicy, a dyskryminacja cyfrowych analfabetów

– Wie pani, żeby kupić bilet to musiałam jechać do x, bo na mojej stacji nie ma już kas – mówi jedna z pasażerek w tzw. pendolino.

– To ja tak samo! – przytakuje jej sąsiadka – Musiałam jechać i jeszcze okazało się, że na dworcu nie ma informacji.

– Właśnie! Żeby się czegoś dowiedzieć to trzeba stać w kolejce do kasy, a przecież przez to inni muszą czekać dłużej…

Tak rozmawiały sobie dwie pasażerki pociągu. Kilka dni później podróżowałam autobusem a pewna pani rozmawiała przez telefon. Z rozmowy wynikało, że zdarzyło się coś nagłego i niespodziewanie musiała jechać do Warszawy.

– Poszłam na Polskiego Busa i były miejsca, ale kierowca powiedział, że nie może mi sprzedać biletu i mnie zabrać… Dlaczego? No nie wiem, dlaczego… że tylko przez Internet. Więc pobiegłam na dworzec i na szczęście był autobus i tu kupiłam bilet…

Słuchając tych rozmów, pierwsze co pomyślałam, to:

A dlaczego nie sprawdziły w Internecie?

Jednak zaraz „otrzeźwiałam” – przecież nie każdy musi być przyssany do smatrfona czy laptopa, nie każdy umie obsługiwać Internet i… nie każdy musi. Ogrodnik, kierowca, kosmetyczka czy sprzedawca w warzywniaku nawet nie potrzebuje Internetu! Do tego dodajmy ludzi starszych, którzy jeśli do tej pory nie korzystali z Internetu, to teraz raczej nie przerzucą się za życie on – line.

Dlaczego zatem tak wiele firm dopuszcza możliwość korzystania z ich usług wyłącznie poprzez Internet? Bo taniej? Bo łatwiej? Bo wszystko jest w systemie? To prawda, tylko, że mamy do czynienia z jawną dyskryminacją cyfrowych analfabetów!

Więc… mimo wszelkich ułatwień, jakie niesie ze sobą Internet, powinny także być utrzymane „analogowe” formy kontaktu z Klientem.



Komentarze