Pół miliona bagnetów pod bronią do 2030 roku, budowa najpotężniejszej armii lądowej w Europie i bezpieczne granice – takimi hasłami polski rząd i szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz karmią opinię publiczną. Projekt „Armia 500 tys.” ma być tarczą Polski przed zagrożeniem ze Wschodu. Tymczasem w wojskowych kwaterach zamiast zachwytu słychać potężne uderzenie w stół.
Chyba najbardziej medialny gen. Leon Komornicki w rozmowie z tabloidem bezlitośnie obnaża rządowe plany. „Skąd oni tych żołnierzy nabiorą?!” – grzmi doświadczony dowódca, wskazując, że zamiast realnej siły, politycy serwują nam papierowy teatr w Excelu.
Papierowe plany kontra brutalna rzeczywistość
Aby zrozumieć skalę absurdu, o którym mówi generał, wystarczy spojrzeć na twarde dane Sztabu Generalnego WP na styczeń 2026 roku. Obecnie w polskim wojsku służy 217 075 żołnierzy, w tym nieco ponad 162 tys. zawodowców i 37 tys. terytorialsów z WOT.
Rządowe plany zakładają, że w ciągu zaledwie czterech lat liczba ta ma wystrzelić do 300 tysięcy czynnego wojska plus 200 tysięcy rezerwy wysokiej gotowości.
To są iluzje, to są wykrzykiwania. Za tym powinny być poczynione inwestycje. Na pewno to nie będzie wzmacniać armii. Przez powszechną czy ochotniczą służbę wojskową nie zrealizuje się tego. Przez zawodową służbę też się tego nie osiągnie
– ucina krótko i bez złudzeń gen. Leon Komornicki.
Powrót poboru? Brak łóżek, sypialni i… dowódców
Zdaniem wojskowego, politycy rzucają wielkimi liczbami, całkowicie milcząc o kosmicznych kosztach infrastruktury, która musiałaby za tym pójść. Wzrost armii o blisko 300 tysięcy ludzi to nie jest kwestia dopisania zer w rządowym dokumencie. Tych ludzi trzeba przecież gdzieś zakwaterować, nakarmić, ubrać i – co najważniejsze – profesjonalnie wyszkolić.
Generał stawia sprawę jasno: taki skok liczebny jest możliwy wyłącznie przez przywrócenie obowiązkowego poboru. Problem w tym, że w Polsce baza socjalna i szkoleniowa dla poborowych została doszczętnie zlikwidowana lata temu. Odtworzenie jej pochłonęłoby miliardy złotych, których w budżecie MON po prostu nie ma. Co więcej, brakuje kadry: oficerów, podoficerów i chorążych, którzy mieliby tą gigantyczną masą ludzką dowodzić. Sam zakup nowoczesnego sprzętu z USA czy Korei nie stworzy żołnierza, jeśli nie będzie miał go kto wyszkolić.
Demograficzny dramat na Wallenroda
Najbardziej porażający argument generała dotyczy jednak geografii i demografii. Największe potrzeby obronne i nowe jednostki wojskowe są lokowane na ścianie wschodniej, czyli w rejonach, które… drastycznie się wyludniają.
Gen. Komornicki wylicza na przykładzie województw warmińsko-mazurskiego oraz podlaskiego, gdzie na jeden kilometr kwadratowy przypada zaledwie 52 mieszkańców. W lubelskim niewiele więcej, bo blisko 70.
Tam są kobiety, dzieci, osoby starsze, emeryci, ludzie chorzy, pracujący w administracji, policji, Straży Granicznej. To ile tam pozostaje zasobów, które można wykorzystać w wojsku? Dotyka nas coraz mocniej kryzys demograficzny. W tabelkach Excela będzie się zgadzać, ale po czasie wszystko będzie ulegać degradacji, bo nie będzie skąd brać ludzi
– punktuje wojskowy.
Wnioski są oczywiste. Bez kompleksowego, narodowego planu, wielka reforma MON może okazać się zwykłą wyborczą wydmuszką. Czy ministerstwo obrony odpowie na te miażdżące zarzuty? Czas ucieka, a rok 2030 zbliża się wielkimi krokami.
Marek Walko
