Warszawą wstrząsnęła seria brutalnych napadów na bezbronne seniorki. Były szef stołecznego wydziału zabójstw, Marek Dyjasz, bije na alarm i stawia tezę, że to co się obecnie dzieje, jest przerażającą kopią zbrodni sprzed dwóch dekad. Przestępcy wciąż typują ofiary pod sklepami, a do mieszkań wchodzą z uśmiechem na ustach, by po chwili zamienić się w bezwzględne bestie.
I to nie jest przypadek, ale wyrachowana strategia. Marek Dyjasz, który zjadł zęby na ściganiu groźnych przestępców, ujawnia mechanizm działania współczesnych bandytów, a ten jest prosty i jednocześnie przerażający: obserwacja starszej pani pod sklepem.
Jeśli kobieta dźwiga ciężkie siatki, oznacza to dla nich jedno – jest samotna, więc w domu na pewno trzyma gotówkę lub kosztowności. To zimna kalkulacja, w której życie staruszki warte jest dla przestępców tyle, co łup w jej szafie.
„Uśpieni” zabójcy wchodzą do domów
Najbardziej wstrząsająca jest rola młodych kobiet w tych śmiertelnych szajkach. To one są „uśpionymi zabójcami”, bo wyglądają na niebezpieczne i nie budzą żadnych podejrzeń. Wchodzą za seniorką do klatki schodowej, uśmiechają się, a gdy drzwi mieszkania się otwierają, wtedy rozpętuje się piekło.
Ofiary nie mają szans, bo wpuszczają do swojego domu śmierć, która nie przypomina groźnego osiłka, lecz niewinną dziewczynę.
Morderstwo jak zwykła praca
To, co usłyszeliśmy od byłego szefa wydziału zabójstw, mrozi krew w żyłach. Dla morderców eliminacja bezbronnych kobiet to tylko „wykonywanie zawodu”.
Brak emocji, brak skrupułów, brak mrugnięcia okiem. Traktują zabijanie jak wyjście do pracy w fabryce. Dyjasz nie ma wątpliwości, że mamy do czynienia z „zawodowymi” bestiami, które korzystają z metod wypracowanych w latach 90., kiedy policja nie miała nawet monitoringu, by ich namierzyć. Dziś te same demony znów grasują po Warszawie.
Nina Makowska
