Robił z bezdomnych i prostytutek PRZETWORY. Historia tego mordercy budzi grozę do dziś

przetwory z bezdomnych

Uznawany, sympatyczny rzemieślnik, który robił wyśmienite przetwory. Karl Denke, mieszkający przed II Wojną Światową w Ziębicach w województwie dolnośląskim nie wyglądał na kogoś, kto może mieć mroczne sekrety. A jednak okazało się, że był jednym z najstraszliwszych morderców w dziejach. Wpadł praktycznie tylko przez przypadek. 

Karl Denke urodził się 11 lutego 1860 w Kalinowicach Górnych. Rodzice i nauczyciele mieli z nim sporo problemów, bowiem nie uczył się dobrze i był rozrabiaką. Podejrzewano wręcz, że może być opóźniony w rozwoju. W związku z tym ojcowiznę przejął jego starszy brat, ale Karl specjalnie się tym nie przejął. Po śmierci ojca otrzymał sporą sumę pieniędzy i przeprowadził się do Ziębic, gdzie kupił dom i założył tam swój warsztat rzeźniczy. Sprzedawał mięso i robił przetwory.

 

ZOBACZ TEŻ: Dlaczego ludzie chcą się kochać? Oto 9 NAJCZĘSTSZYCH powodów – do 8 wstyd się przyznać!

 

Lata mijały a Denke coraz bardziej wrastał w lokalną społeczność. Brał udział w akcjach charytatywnych, przekazywał sporo pieniędzy na dobroczynność, a co więcej prowadził nieformalną noclegownię dla bezdomnych. Każdy potrzebujący mógł do niego przyjść i spędzić noc pod dachem. To właśnie był jego modus operandi. Karl Denke zawsze na ofiary wybierał tych, o których nikt nigdy się nie upominał…

 

Karl Denke krążył po dworcu w Ziębicach i wybierał sobie osoby samotne, bezdomnych, prostytutki. Zapraszał ich do swojego domu, tam brutalnie mordował. Następnie ich mięso peklował i sprzedawał na rynku we Wrocławiu! Z kolei z kości czy włosów robił rzemienie, sznurówki i inne małe przedmioty.

 

ZOBACZ TEŻ: Uczestnik Sanatorium Miłości zdobył się na kontrowersyjne wyznanie. Tego się po nim nie spodziewaliśmy!

 

Morderczy proceder Denkego trwałby dalej, gdyby nie Vincenzo Oliviera, jedyna ofiara, która zdołała zbiec Karlowi i udała się na policję. Było to 21 grudnia 1924 roku. 23 grudnia policjanci zapukali do drzwi Denkego. To co zastali w jego domu było wstrząsające i odrażające.

 

Policjanci natknęli się na mnóstwo ludzkiego mięsa, zapeklowanego i gotowego do peklowania. W innym pomieszczeniu znajdowała się maszyna do wytwarzania mięsa, zaś w jeszcze innym kapcie z ludzkiej skóry i cała kolekcja rzemyków, sznurków i innych ozdób robionych z włosów i kości. Mundurowi odkryli też kolekcję ludzkich zębów, których było aż 420! 

 

Odnaleziono też zakrwawione ubrania i dokumenty czterech ostatnich ofiar mordercy. Ile było ich łącznie? Tego nie wiadomo. Kiedy Denke zaczął mordować właściwie też nie. Nie wiadomo też czy sam był kanibalem i zjadał swoje „specjały”, ale wszystko wskazuje na to, że tak.

 

Pewne natomiast było, że mięso od Denkego trafiało do lokalnej wytwórni konserw oraz na wrocławski rynek, gdzie sam morderca sprzedawał je nieświadomym ludziom. Niemieckie władze starały się za wszelką cenę zatuszować sprawę, żeby uniknąć paniki – prawdopodobnie bowiem setki lub tysiące ludzi miało okazję nieświadomie spożywać ludzkie mięso. To się nie udało i sprawa nabrała rozgłosu.

 

Paniki wprawdzie nie było, ale ludzie przestali jeść wędliny i mięso. Splajtowała wytwórnia konserw biorąca mięso od Denkego, mieszkańcy Ziębic nie chcieli też pić lokalnej wody, wierząc, że jest skażona przez zwłoki.

 

Karl Denke zakopywał resztki w swoim ogródku. Ostatnie z nich znaleziono dopiero w latach 70-tych XX wieku! Co zaś stało się z mordercą? Karl Denke powiesił się w celi aresztu w pierwszą noc zatrzymania. Pochowano go w nieoznakowanej mogile, gdzieś na Ziębickim cmenatrzu.



Komentarze