Lotniczego

[WIDEO] Tak lądują eksperci Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Możemy być dumni z tego pilota

Gdy dochodzi do poważnego wypadku, to często przyjazd zwykłej karetki nie wystarcza. Właśnie wtedy do akcji wkraczają ratownicy z Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Ostatnio w Świerklańcu nagrano, jak pilot wylądował pomiędzy drzewami. Trzeba mieć niesamowite umiejętności żeby w taki sposób osadzić maszynę w tak trudnym do lądowania miejscu. Dzięki takim ekspertom często ratowane jest ludzkie życie – możemy być im tylko za to wdzięczni.

Brawurowo wylądował pomiędzy drzewami pilot Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Być może dzięki decyzji o osadzeniu maszyny w tak trudnym miejscu zostało uratowane czyjeś życie. Tacy pracownicy zasługują na najwyższe wynagrodzenie za wykonywaną pracę. Jakby nie było, poświęcają oni również swoje życie, żeby ratować czyjeś. Brawo!

ZOBACZ:Był przekonany, że wygrał na loterii, więc wykupił rodzinie egzotyczne wakacje. Prawda okazała się bardzo bolesna…

źródło fot. i wideo: youtube.com

szymka

Katastrofa lotnicza we Włoszech. Znamy liczbę ofiar!

Po katastrofie lotniczej we Włoszech do której doszło w piątek, liczba ofiar zwiększyła się z pięciu do siedmiu. Przypominamy, że zderzyły się ze sobą samolot i helikopter. Wszystko miało miejsce nad lodowcem Rutor.

Początkowo podawano, że zginęło pięć osób. Jednak po wznowieniu poszukiwań liczba ofiar wzrosła do siedmiu. Lekki samolot zderzył się ze śmigłowcem na wysokości 3000 metrów. Maszyny spadły na lodowiec Rutor w Dolinie Aosty we Włoszech. Dwóm osobom udało się przeżyć. Przetransportowano je do szpitala, gdzie zostały poddane specjalistycznym badaniom. Jak poinformował Reuters, wśród ofiar było czterech Niemców oraz po jednym obywatelu Francji, Belgii i Włoch.

 

ZOBACZ:Bartłomiej M. został zatrzymany przez służby – bardzo poważne zarzuty! Smutny koniec rzecznika Macierewicza

 

Przyczyny katastrofy nie są znane. Wszystko badają włoskie służby oraz zebrała się specjalna komisja, która ma je ustalić. Gdy tylko będzie wiadomo coś więcej, o wszystkim państwa poinformujemy.

źródło: o2.pl

fot. mat. prasowe

 

Polka

Katastrofa śmigłowca w Anglii. Wśród ofiar jest także Polka

W sobotę doszło do tragicznego wypadku w Leicester. W katastrofie śmigłowca zginął właściciel klubu piłkarskiego. Na pokładzie helikoptera była również Polka.

Do tragedii doszło po meczu piłkarskim, który rozgrywany był w Leicester. Miejscowa drużyna podejmowała u siebie West Ham United. Po spotkaniu, zgodnie ze zwyczajem, swoim prywatnym helikopterem miał odlecieć właściciel klubu z King Power Stadium. Jednak maszyna tuż po starcie spadła na parking obok stadionu. Na miejscu zginęli wszyscy pasażerowie, wśród których była również Polka.

 

 

 

 

Na pokładzie śmigłowca znajdowało się pięć osób. Helikopter należał do właściciela drużyny piłkarskiej Leicester City, tajlandzkiego miliardera Vichaia Srivaddhanaprabha. Jeden ze świadków katastrofy zeznał, że widział jak śmigłowiec wystartował, po czym nagle zaczął się kręcić i widać było, że pilot nie ma nad nim kontroli. Maszyna po tym jak runęła na ziemię, od razu stanęła w płomieniach. Nie było szans, aby kogoś uratować, chociaż z pomocą natychmiast ruszyli policjanci, którzy byli obecni na miejscu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Niestety na pokładzie helikoptera była także Polka. Izabela Lechowicz była partnerką pilota śmigłowca. Sama również była pilotką, choć akurat podczas tragedii podróżowała jako pasażerka.

 

 

 

 

https://twitter.com/notesfrompoland/status/1056681487880409088

 

 

 

 

 

ZOBACZ:Zachowywała się jak burak podczas lotu. Przez nią samolot musiał zawrócić na lotnisko

 

 

 

 

 

 

foto twitter / źródło sportowefakty.wp.pl

wyląowali śmigłowcem na zboczu wulkanu

Przyziemili śmigłowcem na ZBOCZU WULKANU! WIDOWISKOWA misja ratunkowa! [VIDEO]

Ratownicy ze stanu Oregon w USA otrzymali bardzo nietypowe zgłoszenie. Zadzwonił do nich mężczyzna, który ogłosił, że stoi na szczycie wulkanu Mount Hood o wysokości 3426 metrów i zamierza popełnić samobójstwo. Musieli ruszyć po niego śmigłowcem. 

 

Z informacji dostarczonych ratownikom wynikało, że mężczyzna znajdujący się na szczycie nieaktywnego wulkanu mógł przedawkować leki. Wyruszyli na pokładzie śmigłowca Chinook należącego do Gwardii Narodowej, który miał ich desantować na zboczu obok poszkodowanego.

 

Pilot wykorzystał manewr znany m.in. z Afganistanu. Posadził tył śmigłowca na zboczu, podczas gdy reszta maszyny wisiała w powietrzu. Otwarty luk ładunkowy umożliwił ratownikom desant i podjęcie poszkodowanego.

 

Manewr tego typu jest nie tylko widowiskowy, ale też piekielnie niebezpieczny. Jeden fałszywy ruch, lub zdradliwy podmuch wiatru mogą doprowadzić do katastrofy. Jednak tym razem wszystko przebiegło zgodnie z planem.

wypadek, helikopter, pogotowie ratunkowe

Chciała uchylić okno w samochodzie, zamiast tego PRZEJECHAŁA wózek ze swoim dzieckiem!

Przedziwny wypadek miał miejsce na Podkarpaciu w Ustrzykach Dolnych. Kobieta przyjechała ze swoim 3-letnim dzieckiem pod jeden z supermarketów. Dziecko z poważnymi obrażeniami głowy trafiło do szpitala w Rzeszowie.

 

Po przyjeździe pod sklep, kobieta wysadziła dziecko do wózka, który zostawiła przed maską samochodu. Następnie przypomniała sobie, że chciałaby zostawić w aucie uchylone szyby. Wróciła się do kabiny auta i przekręciła kluczyk w stacyjce, chcąc uruchomić elektrykę auta.

 

Niestety, kluczyk przeskoczył i uruchomił silnik, auto ruszyło i przewróciło wózek z trzylatkiem, najeżdżając na niego. Dziecko z poważnymi obrażeniami głowy zostało przetransportowane śmigłowcem Lotniczego Pogotowia Ratunkowego do szpitala w Rzeszowie. Było przytomne.

 

Matka dziecka została poddana badaniu trzeźwości. W momencie wypadku nie była pod wpływem alkoholu. Mamy nadzieję, że dziecko dojdzie do siebie, ale mama chyba nie uniknie odpowiedzialności.

 

wp.pl/foto: pixabay

Pechowiec! Za przekroczenie PRĘDKOŚCI dostał MANDAT na 270 tysięcy złotych! KARA była tak wysoka ponieważ…

O prawdziwym pechu może mówić 71 – latek, który otrzymał mandat na 270 tys. złotych. Co gorsza, sytuacja z tak wysoką karą przydarzyła mu się nie pierwszy raz. Dlaczego kwota była tak wysoka?

 

71-letni Anders Wiklöf to „król Wysp Alandzkich” – działający w Szwecji i Finlandii milioner.

Wiklöf jest głównym właścicielem The Bank of Åland oraz lokalnej gazety Ålandstidingen. Posiada także prawa do dystrybucji alkoholi w Finlandii i Szwecji. Jest także właścicielem największej prywatnej kolekcji sztuki w Skandynawii.

 

W 2013 roku dostał mandat w wysokości 95 000 €. Tym razem jadąc w sobotę swoim Bentleyem był spóźniony na ceremonię wręczenia nagród. To wtedy Wiklöf został zatrzymany. Jechał z prędkością 71 kilometrów na godzinę po szosie, gdzie wolno było jechać 50 km/h. Za to przewinienie dostał mandat 63 240 €.

Dlaczego kara jest tak wysoka? Otóż system kar pieniężnych w Finlandii jest progresywny w przypadku przekroczeń prędkości przekraczających 20 kilometrów na godzinę i jest obliczany na podstawie dziennych dochodów sprawcy. W ten sposób obliczono mandat dla Andersa Wiklöfa na 63 240 €.

 

Milioner jest rozżalony:

„To dużo pieniędzy. Popełniłem wykroczenie, ale kara pieniężna  wydaje się nieco niesprawiedliwa „

 

Nie martwcie się jednak o Andersa Wiklöfa, bo „król Wysp Alandzkich” wpadł na świetny pomysł, jak uniknąć mandatów drogowych.

Podobno rozważa po prostu latanie helikopterem, a takich wehikułów ma aż sześć! 🙂

 

źródło: nordic.businessinsider.com

nanga parbat, revol, mackiewicz, himalaizm, pakistan

NANGA PARBAT: oto co usłyszeli piloci śmigłowców przed KARKOŁOMNĄ misją! Przed nimi NIKT tego nie robił!

Wiele już napisano o wyczynie naszych himalaistów, którzy z narażeniem własnego życia ruszyli, by uratować parę wspinaczy Revol-Mackiewicz. Stosunkowo mało zaś mówi się o udziale strony pakistańskiej, bez której w zasadzie byłoby niemożliwe przeprowadzenie jakiejkolwiek akcji. Jeśli już, to raczej krytykuje się ją za wielki formalizm. Tymczasem piloci, którzy ruszyli na akcję także wykazali się wielką odwagą i umiejętnościami.

 

Bazę pod K2 od bazy pod Nanga Parbat dzieli 200 kilometrów. W zasadzie nie da się inaczej dotrzeć z jednej do drugiej niż używając śmigłowca. Jakikolwiek transport pieszy lub pieszo-kołowy zająłby kilka bardzo długich dni i przekreślił szanse na ratunek kogokolwiek.

 

Pakistańczycy chcieli mieć gwarancje finansowe, żeby ruszyć na akcję. I tu prawdziwych cudów dokonywali przedstawiciele polskiego MSZ, np. pracownik polskiej ambasady Zbigniew Wyszomirski. O tym etapie akcji ratunkowej nie można zapominać, bo to on zagwarantował, że w ogóle była ona możliwa do przeprowadzenia.

 

Gdy pieniądze się znalazły śmigłowce mogły wzbić się w powietrze. Ale to też nie było takie proste – śmigłowce pod Nanga Parbat lądowały dotąd wyłącznie w obozie bazowym, który jest daleko od postawy ściany Kinschofera – kluczowej trudności w drodze na szczyt. Lądowanie nad nią, na wysokości 6 tysięcy metrów było niemożliwe.

 

Piloci usłyszeli jednak od swojego przełożonego przed lotem: „pokażcie, że jesteście prawdziwymi mężczyznami”. I pokazali – dolecieli pod samą podstawę ściany, na wysokość 4800 metrów. Nikt nigdy wcześniej tam nie przyziemił śmigłowca!

 

Ale również odebranie ekipy ratowniczej z Elisabeth nastręczało sporych trudności. Warunki pogarszały się, Denis i Adam byli bardzo wyczerpani, podobnie jak uratowana himalaistka. I choć cała piątka musiała zejść jeszcze 700 metrów niżej, to piloci znowu stanęli na wysokości zadania – mimo pogarszającej się pogody dolecieli na miejsce i odebrali ich. Gdyby nie to, nie miałby im kto pomóc.

 

Warto mieć to też na uwadze – cała nasza uwaga koncentrowała się na wyczynie Denisa Urubki i Adama Bieleckiego, często nawet z pominięciem jakże ważnego wsparcia Piotra Tomali i Jarosława Botora. A tymczasem poza nim, na sukces przedsięwzięcia pracowała cała armia ludzi – nie tylko Polaków.

rp.pl

Ta armia istnieje tylko na papierze: muszą wypożyczać CYWILNY SPRZĘT, żeby ćwiczyć! Nie mamy co na nich liczyć!

Nie chce się wierzyć, że najsilniejsze państwo na kontynencie broni tak słaba armia. Ale ostatnie doniesienia nie pozostawiają złudzeń – są praktycznie bezbronni.

 

Niemieccy piloci śmigłowców mają nie lada problem. Aby wylatać niezbędną ilość godzin w roku muszą korzystać z cywilnych maszyn ratownictwa medycznego! Wszystko dlatego, że wojskowe śmigłowce non-stop stoją w warsztatach z usterkami.

 

„Der Spiegel” podał, że niemiecki MON musiał zapłacić 21 milionów euro za 6500 godzin lotów na helikopterach ratowniczych niemieckiego automobilklubu ADAC. Od marca 2018 roku wojskowi piloci będą uzupełniać nalot godzinowy na cywilnym sprzęcie.

 

Wszystko przez to, że wojskowe śmigłowce typu Tiger i NH90 są bardzo awaryjne. Spora część z floty lotniczej została też wysłana na misję do Mali, w związku z tym załogi pozostające na terenie Niemiec mają za mało maszyn. Istniało realne zagrożenie, że bez takiego ratunkowego planu piloci nie wylatają minimalnej liczby godzin niezbędnej do utrzymania licencji, nie mówiąc już o bardziej zaawansowanych szkoleniach.

 

Poza usterkami, nad niemieckimi helikopterami ciąży też odium niewyjaśnionej do dziś katastrofy jednego z Tigerów. W lipcu tego roku, w czasie wykonywania misji w Mali zapikował dziobem w dół i rozbił się. To wszystko zebrane razem sprawia, że jednostki te otrzymały łatkę jednych z najbardziej usterkowych w całej Bundeswehrze.

 

Czy jednak trening ma śmigłowcach cywilnych jest w stanie rozwiązać problemy trapiące niemieckie wojsko? Raczej nie i w gruncie rzeczy nie mamy się z czego cieszyć – w wypadku nagłej agresji ze wschodu jest to nasz najbliższy sojusznik.

śmigłowcem

Zapominalski pilot wylądował ŚMIGŁOWCEM SZTURMOWYM na boisku! Po co? Wszystko przez wizytę w „Spragnionym Wielorybie”! [VIDEO]

To się nazywa wykorzystanie służbowego sprzętu do celów prywatnych!

 

Ludzie potrafią mieć naprawdę niesamowite pomysły. Tym razem jednak pewien pilot US Marine Corps przekroczył chyba wszelkie granice. Wszystko działo się w miejscowości Bar Harbor, na wyspie Mount Desert w stanie Maine w USA.

 

Kilku lotników Korpusu Piechoty Morskiej było na lunchu w miejscowej knajpce o uroczej nazwie „Spragniony Wieloryb”. Traf chciał, że jeden z nich zostawił w restauracji swój telefon komórkowy.

 

Po powrocie do bazy i zorientowaniu się, że został bez komórki, skontaktował się z lokalem. Na pytanie czy przyjdzie, czy przyjedzie po zgubę miał odpowiedzieć: „Przylecę śmigłowcem!”

 

Lotnik poprosił jedynie o dostarczenie telefonu na pobliskie boisko, które stwarzało idealne warunki do szybkiego lądowania. I faktycznie! Po jakimś czasie na niebie pojawiły się dwa wojskowe śmigłowce: AH-1W Super Cobra i UH-1Y Venom Ten pierwszy majestatycznie wylądował na boisku, jeden z pilotów odebrał od przybyłej na miejsce osoby telefon, w zamian darując plakietkę, którą miał przy kombinezonie i odleciał! Drugi cały czas krążył nad prowizorycznym lądowiskiem osłaniając kolegę – zupełnie jak w czasie akcji bojowej!

 

Niecodzienne zdarzenie nagrał przypadkowy świadek. To kolejny raz w ostatnim czasie gdy piloci amerykańscy zdobywają rozgłos w dość dziwny sposób. Niedawno pisaliśmy o lotniku-artyście malującym penisy na niebie. Teraz to.

 

Jak na razie nie wiadomo, czy zapominalski lotnik poniesie jakieś konsekwencje – być może zdobył pozwolenie swoich przełożonych, a może sprawa rozejdzie się po kościach. Chociaż biorąc pod uwagę, że znalazł się świadek i nagranie, które zdobywa coraz większą popularność – prawdopodobnie dowództwo US Marine Corps będzie musiało w tej sprawie zabrać głos. Przecież nie na co dzień przylatuje się śmigłowcem po zgubiony telefon!

 

konflikty.pl