makabryczny tatuaż

Jej pies był dla niej wszystkim. Gdy odszedł, wykonała makabryczny tatuaż! [FOTO]

18-letnia Bethany Cruickshank spędziła z Miką prawie 11 lat życia. Nie dziwi więc, że dziewczyna była niesamowicie zżyta z suczką. Husky niestety zmarł niedawno i wprawił tym Bethany w czarną rozpacz. Dlatego postanowiła jakoś upamiętnić ukochanego pupila – wykonała makabryczny tatuaż.

Cóż takiego strasznego może być w tatuażu, który ma przypominać ukochane zwierzę? Nie jest to jego pośmiertny portret, ani praca stylizowana na klimat horroru. To zwykłe odbicie łapy czworonoga. Problem w tym, że do jego wykonania użyto tuszu zmieszanego z prochami zwierzęcia! Makabryczny tatuaż wzbudził więc ogromne poruszenie w sieci.

 

 

Mika została skremowana i zastanawiałam się nad umieszczeniem jej prochów w biżuterii. To jednak okazało się zbyt drogie. Później przeczytałam o dodawaniu prochów do tuszu i od razu wiedziałam, że właśnie to chcę zrobić. Musiałam tylko zaczekać do ukończenia 18 lat

 

– opowiada 18-latka i po chwili dodaje:

 

Kiedy Mika umarła, weterynarz zrobił dla nas odbitkę jej łapy. Jestem bardzo szczęśliwa, że ją miałam, dzięki temu miałam idealny wzór tatuażu. Moja rodzina i przyjaciele byli odrobinę zszokowani, ale wszyscy okazali dużo wsparcia dla tego pomysłu. Teraz niektórzy moi przyjaciele mówią, że zamierzają zrobić to samo. Spotkałam się z krytyką w sieci. Wiele osób było bardzo nieprzyjemnych, pisali że to obrzydliwe i niemoralne. Inni mówili mi, że to niehigieniczne i niebezpieczne. Ale w popiele absolutnie wszystko jest spalone i nie ma tam żadnych bakterii. Ludzie powinni najpierw poczytać, zanim zabiorą się do pochopnego osądzania.

 

A Wy co myślicie o takim upamiętnieniu zwierzęcia? Jak dla nas to jednak nieco zbyt ekscentryczne…

 

 

ZOBACZ: Zrobił sobie tatuaż taki sam jaki ma jego PIES. Chyba nie znał jego znaczenia…

LUDZKIE SZCZĄTKI w krakowskim magazynie! Gdyby nie dociekliwy mieszkaniec, trafiłyby na śmietnik. Ich tajemnicę bada teraz IPN  

To znalezisko jeży włosy na głowie, a z drugiej strony jest niesamowicie ciekawe. Czy mamy do czynienia ze szczątkami ofiar hitlerowskich zbrodni?

 

W magazynie przy ulicy Jana Stelli-Sawickiego natrafiono na niecodzienne przedmioty. W jednym z pudeł znaleziono papierową torbę podpisaną jako „prochy ofiar Treblinki”, metalową urnę z napisem „Sachsenhausen” i zbiór książek historycznych.

 

Pudło z książkami i prochami miało trafić na śmietnik, a ciężka metalowa urna – na złom. Odkupił je jednak jeden z mieszkańców miasta, który dopatrzył się w pamiątkach wartości historycznej. O sprawie dowiedział się krakowski IPN, który teraz bada znalezione przedmioty.

 

„Czekamy na weryfikację szczątków przez zakład medycyny sądowej . Będziemy zabiegać o to, aby zostały godnie pochowane”

– powiedział dr Maciej Korkuć z IPN.

 

Prawdopodobnie rzeczy do magazynu trafiły po likwidacji Towarzystwa Opieki nad Majdankiem – stowarzyszeniem, które upamiętniało ofiary niemieckich obozów koncentracyjnych, a swój oddział miało także w stolicy Małopolski. Urna odnaleziona w rzeczach bardzo przypomina pamiątkowe urny, w których chowano szczątki osób zamordowanych przez Niemców w obozach koncentracyjnych. Z tego powodu pracownicy IPN są niemal przekonani o autentyczności znaleziska.

 

Wciąż pozostaje otwarte kilka pytań: czy znalezione prochy to faktycznie pozostałości ofiar II Wojny Światowej i co robiły przez tyle lat niepochowane? A także jak wiele podobnych cennych znalezisk mogło trafić wcześniej na śmietnik, bo nikt obeznany nie miał możliwości ich obejrzeć?

 

fakt.pl/foto:screenshot