wyląowali śmigłowcem na zboczu wulkanu

Przyziemili śmigłowcem na ZBOCZU WULKANU! WIDOWISKOWA misja ratunkowa! [VIDEO]

Ratownicy ze stanu Oregon w USA otrzymali bardzo nietypowe zgłoszenie. Zadzwonił do nich mężczyzna, który ogłosił, że stoi na szczycie wulkanu Mount Hood o wysokości 3426 metrów i zamierza popełnić samobójstwo. Musieli ruszyć po niego śmigłowcem. 

 

Z informacji dostarczonych ratownikom wynikało, że mężczyzna znajdujący się na szczycie nieaktywnego wulkanu mógł przedawkować leki. Wyruszyli na pokładzie śmigłowca Chinook należącego do Gwardii Narodowej, który miał ich desantować na zboczu obok poszkodowanego.

 

Pilot wykorzystał manewr znany m.in. z Afganistanu. Posadził tył śmigłowca na zboczu, podczas gdy reszta maszyny wisiała w powietrzu. Otwarty luk ładunkowy umożliwił ratownikom desant i podjęcie poszkodowanego.

 

Manewr tego typu jest nie tylko widowiskowy, ale też piekielnie niebezpieczny. Jeden fałszywy ruch, lub zdradliwy podmuch wiatru mogą doprowadzić do katastrofy. Jednak tym razem wszystko przebiegło zgodnie z planem.

wypadek śmigłowca

Opolszczyzna: KATASTROFA ŚMIGŁOWCA, rozbił się tuż obok budynków mieszkalnych! Są ofiary [VIDEO]

Trzy osoby leciały cywilnym śmigłowcem który rozbił się w województwie Opolskim obok miejscowości Domecko, niedaleko Opola. Na miejscu pracują strażacy i policja.

 

 

Na miejsce wypadku zadysponowano 20 zastępów straży pożarnej, karetki pogotowia i śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Dwie z trzech osób podróżujących śmigłowcem zginęły na miejscu, trzecia w ciężkim stanie została przetransportowana do szpitala.

 

Maszyna rozbiła się w polu, zaledwie kilkadziesiąt metrów od zabudowań mieszkalnych. Na szczęście nikt postronny nie ucierpiał w wyniku tej katastrofy. Jest to śmigłowiec Robinson 44, lekki i bardzo popularny w Polsce model. Z podobnych helikopterów korzystają np. TVN 24 i radio RMF FM.

 

 

Nie znamy przyczyn katastrofy ani jej dokładnego przebiegu. To wkrótce zaczną ustalać śledczy, którzy rozpoczęli swoje czynności po zakończeniu akcji ratunkowej.

 

wprost.pl/foto: facebok.com/osp

niedźwiedzia, niedźwiedź, niedźwiedzica, atak, bieszczady, turysta, góry

DRAMAT w Bieszczadach: turysta  wpadł na NIEDŹWIEDZICĘ z młodymi. Nie mógł liczyć na niczyją pomoc!

Ta historia mogła skończyć się naprawdę tragicznie. Mężczyzna, który spacerował po lesie w okolicy miejscowości Szczawne w Bieszczadach nie mógł liczyć na niczyją pomoc. Do najbliższych domostw miał 3 kilometry. W takich okolicznościach natknął się na potężną niedźwiedzicę z młodymi. Ta, czując zagrożenie dla młodych bez wahania zaatakowała. Mężczyzna nie miał szans.

 

Do wydarzenia doszło wczoraj po południu. Człowiek w starciu z niedźwiedziem nie ma w zasadzie żadnych szans. Gdy zwierzę zaatakowało turystę ten mógł tylko i wyłącznie starać się ograniczyć obrażenia kluczowych części ciała.

 

W pewnym momencie udało mu się wyrwać ze szponów niedźwiedzia i uciec. Zwierzę najwyraźniej nie było już nim zainteresowane, bo w przeciwnym razie bez trudno dogoniłoby go i dobiło.

 

Mężczyzna przez telefon wezwał pomoc. Jego stan był bardzo poważny – miał liczne rany szarpane całego ciała, szczególnie głowy. Jedno oko zostało uszkodzone przez niedźwiedzicę i nie wiadomo czy pechowy spacerowicz nie straci w nim wzroku.

 

Służby podęły decyzję o przetransportowaniu go do szpitala śmigłowcem. Dzięki szybkiej i sprawnej akcji poszkodowany trafił na czas w ręce lekarzy. Wkrótce okaże się, czy uszkodzenie oka sprawi, że straci w nim wzrok.

 

Większość polskich niedźwiedzi – około 90% – żyje właśnie w Bieszczadach, Beskidzie Niskim i na Pogórzu Przemyskim. Wyjątkowo lekka zima sprawiła, że większość z nich nie zapadła w zimowy sen. Mogą być więc głodne, agresywne i szukać pożywienia w pobliżu ludzkich siedzib. Warto o tym pamiętać, planując zimowy wypoczynek w górach.

 

rmf24.pl

Cichy BOHATER akcji pod Nanga Parbat. Poznaj jednego z pilotów, który dokonał NIEMOŻLIWEGO! [FOTO & VIDEO]

Na połowiczny sukces akcji ratunkowej pod Nanga Parbat złożyło się wiele czynników. Począwszy od gwarancji finansowych polskiego MSZ, przez determinację i gotowość do poświęcenia polskich himalaistów działających na K2, po kunszt pakistańskich pilotów. Teraz możemy dowiedzieć się kim jest jeden z nich.

 

Major Jahanzeb Quazi to bardzo doświadczony pilot pakistańskiej armii. Cieszy się świetną opinią wśród kolegów z wojska, przełożonych, a teraz – także milionów Polaków! Osoby, które go znają piszą na Facebook, że posiada wprost niesamowite zdolności latania w trudnych warunkach pogodowych, kiepskiej widoczności i na znacznych wysokościach.

 

Jest to o tyle ważne, że pakistańska armia nie posiada maszyn, które są wstanie wzbić się powyżej 6000 tysięcy metrów. A i ten pułap możliwy jest do osiągnięcia jedynie w wypadku wyjątkowo sprzyjających warunków pogodowych. Zazwyczaj śmigłowce nie dolatują powyżej obozów bazowych w dolinach pod szczytami 8-tysięczników.

 

Major Quazi w nienajlepszą pogodę przyziemił maszynę na 4850 metrach. W tym miejscu jeszcze nikt nigdy tego nie zrobił.  Pilot musiał walczyć z wiatrem, rozrzedzonym powietrzem i kaprysami maszyny, która w takich warunkach nie była stabilnym statkiem powietrznym.

 

Aby akcja była w ogóle możliwa, 4 polskich ratowników musiały transportować dwa śmigłowce – aby ważyły jak najmniej. W drodze powrotnej spod ściany zabierały zaledwie jednego pasażera, w związku z czym musiano wykonać kilka kursów. A każdy z nich to potencjalne ryzyko potwornego wypadku.

 

Profil Facebook, który opisał postać majora zalewają pozytywne komentarze z Polski. Niestety imion pozostałych pilotów nie znamy. Nie ma się co oszukiwać – gdyby nie oni, akcja prawdopodobnie mogłaby zakończyć się tragicznie. Mamy jednak nadzieję, że tego typu wyczyny będą jak najrzadsze, a wszystkim himalaistom życzymy dokładnie tylu samo wejść jak i zejść z wierzchołków!

 

nanga parbat, revol, mackiewicz, himalaizm, pakistan

NANGA PARBAT: oto co usłyszeli piloci śmigłowców przed KARKOŁOMNĄ misją! Przed nimi NIKT tego nie robił!

Wiele już napisano o wyczynie naszych himalaistów, którzy z narażeniem własnego życia ruszyli, by uratować parę wspinaczy Revol-Mackiewicz. Stosunkowo mało zaś mówi się o udziale strony pakistańskiej, bez której w zasadzie byłoby niemożliwe przeprowadzenie jakiejkolwiek akcji. Jeśli już, to raczej krytykuje się ją za wielki formalizm. Tymczasem piloci, którzy ruszyli na akcję także wykazali się wielką odwagą i umiejętnościami.

 

Bazę pod K2 od bazy pod Nanga Parbat dzieli 200 kilometrów. W zasadzie nie da się inaczej dotrzeć z jednej do drugiej niż używając śmigłowca. Jakikolwiek transport pieszy lub pieszo-kołowy zająłby kilka bardzo długich dni i przekreślił szanse na ratunek kogokolwiek.

 

Pakistańczycy chcieli mieć gwarancje finansowe, żeby ruszyć na akcję. I tu prawdziwych cudów dokonywali przedstawiciele polskiego MSZ, np. pracownik polskiej ambasady Zbigniew Wyszomirski. O tym etapie akcji ratunkowej nie można zapominać, bo to on zagwarantował, że w ogóle była ona możliwa do przeprowadzenia.

 

Gdy pieniądze się znalazły śmigłowce mogły wzbić się w powietrze. Ale to też nie było takie proste – śmigłowce pod Nanga Parbat lądowały dotąd wyłącznie w obozie bazowym, który jest daleko od postawy ściany Kinschofera – kluczowej trudności w drodze na szczyt. Lądowanie nad nią, na wysokości 6 tysięcy metrów było niemożliwe.

 

Piloci usłyszeli jednak od swojego przełożonego przed lotem: „pokażcie, że jesteście prawdziwymi mężczyznami”. I pokazali – dolecieli pod samą podstawę ściany, na wysokość 4800 metrów. Nikt nigdy wcześniej tam nie przyziemił śmigłowca!

 

Ale również odebranie ekipy ratowniczej z Elisabeth nastręczało sporych trudności. Warunki pogarszały się, Denis i Adam byli bardzo wyczerpani, podobnie jak uratowana himalaistka. I choć cała piątka musiała zejść jeszcze 700 metrów niżej, to piloci znowu stanęli na wysokości zadania – mimo pogarszającej się pogody dolecieli na miejsce i odebrali ich. Gdyby nie to, nie miałby im kto pomóc.

 

Warto mieć to też na uwadze – cała nasza uwaga koncentrowała się na wyczynie Denisa Urubki i Adama Bieleckiego, często nawet z pominięciem jakże ważnego wsparcia Piotra Tomali i Jarosława Botora. A tymczasem poza nim, na sukces przedsięwzięcia pracowała cała armia ludzi – nie tylko Polaków.

rp.pl

Ta armia istnieje tylko na papierze: muszą wypożyczać CYWILNY SPRZĘT, żeby ćwiczyć! Nie mamy co na nich liczyć!

Nie chce się wierzyć, że najsilniejsze państwo na kontynencie broni tak słaba armia. Ale ostatnie doniesienia nie pozostawiają złudzeń – są praktycznie bezbronni.

 

Niemieccy piloci śmigłowców mają nie lada problem. Aby wylatać niezbędną ilość godzin w roku muszą korzystać z cywilnych maszyn ratownictwa medycznego! Wszystko dlatego, że wojskowe śmigłowce non-stop stoją w warsztatach z usterkami.

 

„Der Spiegel” podał, że niemiecki MON musiał zapłacić 21 milionów euro za 6500 godzin lotów na helikopterach ratowniczych niemieckiego automobilklubu ADAC. Od marca 2018 roku wojskowi piloci będą uzupełniać nalot godzinowy na cywilnym sprzęcie.

 

Wszystko przez to, że wojskowe śmigłowce typu Tiger i NH90 są bardzo awaryjne. Spora część z floty lotniczej została też wysłana na misję do Mali, w związku z tym załogi pozostające na terenie Niemiec mają za mało maszyn. Istniało realne zagrożenie, że bez takiego ratunkowego planu piloci nie wylatają minimalnej liczby godzin niezbędnej do utrzymania licencji, nie mówiąc już o bardziej zaawansowanych szkoleniach.

 

Poza usterkami, nad niemieckimi helikopterami ciąży też odium niewyjaśnionej do dziś katastrofy jednego z Tigerów. W lipcu tego roku, w czasie wykonywania misji w Mali zapikował dziobem w dół i rozbił się. To wszystko zebrane razem sprawia, że jednostki te otrzymały łatkę jednych z najbardziej usterkowych w całej Bundeswehrze.

 

Czy jednak trening ma śmigłowcach cywilnych jest w stanie rozwiązać problemy trapiące niemieckie wojsko? Raczej nie i w gruncie rzeczy nie mamy się z czego cieszyć – w wypadku nagłej agresji ze wschodu jest to nasz najbliższy sojusznik.

śmigłowcem

Zapominalski pilot wylądował ŚMIGŁOWCEM SZTURMOWYM na boisku! Po co? Wszystko przez wizytę w „Spragnionym Wielorybie”! [VIDEO]

To się nazywa wykorzystanie służbowego sprzętu do celów prywatnych!

 

Ludzie potrafią mieć naprawdę niesamowite pomysły. Tym razem jednak pewien pilot US Marine Corps przekroczył chyba wszelkie granice. Wszystko działo się w miejscowości Bar Harbor, na wyspie Mount Desert w stanie Maine w USA.

 

Kilku lotników Korpusu Piechoty Morskiej było na lunchu w miejscowej knajpce o uroczej nazwie „Spragniony Wieloryb”. Traf chciał, że jeden z nich zostawił w restauracji swój telefon komórkowy.

 

Po powrocie do bazy i zorientowaniu się, że został bez komórki, skontaktował się z lokalem. Na pytanie czy przyjdzie, czy przyjedzie po zgubę miał odpowiedzieć: „Przylecę śmigłowcem!”

 

Lotnik poprosił jedynie o dostarczenie telefonu na pobliskie boisko, które stwarzało idealne warunki do szybkiego lądowania. I faktycznie! Po jakimś czasie na niebie pojawiły się dwa wojskowe śmigłowce: AH-1W Super Cobra i UH-1Y Venom Ten pierwszy majestatycznie wylądował na boisku, jeden z pilotów odebrał od przybyłej na miejsce osoby telefon, w zamian darując plakietkę, którą miał przy kombinezonie i odleciał! Drugi cały czas krążył nad prowizorycznym lądowiskiem osłaniając kolegę – zupełnie jak w czasie akcji bojowej!

 

Niecodzienne zdarzenie nagrał przypadkowy świadek. To kolejny raz w ostatnim czasie gdy piloci amerykańscy zdobywają rozgłos w dość dziwny sposób. Niedawno pisaliśmy o lotniku-artyście malującym penisy na niebie. Teraz to.

 

Jak na razie nie wiadomo, czy zapominalski lotnik poniesie jakieś konsekwencje – być może zdobył pozwolenie swoich przełożonych, a może sprawa rozejdzie się po kościach. Chociaż biorąc pod uwagę, że znalazł się świadek i nagranie, które zdobywa coraz większą popularność – prawdopodobnie dowództwo US Marine Corps będzie musiało w tej sprawie zabrać głos. Przecież nie na co dzień przylatuje się śmigłowcem po zgubiony telefon!

 

konflikty.pl

Kujawsko-pomorskie: Autobus PKS zderzył się z dostawczym busem! Są ranni!

Do wypadku doszło na drodze krajowej nr 91. Bus zderzył się z autobusem. Rannych zostało 16 osób. Na miejscu wciąż przebywają służby porządkowe i ratownicze.  Continue reading „Kujawsko-pomorskie: Autobus PKS zderzył się z dostawczym busem! Są ranni!”