spłonął, strażacy w akcji, straż pożarna

Strażacy z pomorskiego dzielnie walczyli z ogniem. W rewanżu dostali ASTRONOMICZNY RACHUNEK do zapłacenia!

Straż pożarna – najpopularniejsza służba mundurowa w kraju. Od lat bijąca rekordy zaufania i sympatii we wszelkich możliwych sondażach. Okazuje się jednak, że czasem ich działalność może spowodować – rzekomo – bardzo wysokie straty.  Kto w takiej sytuacji ma zapłacić?

 

W grudniu straż pożarna w województwie pomorskim walczyła z ogniem, który wybuchł w restauracji „Przystanek Łosoś” w Egiertowie. Pożar był potężny i strażacy, aby go ugasić wykorzystali wodę ze stawu należącego do konkurencyjnego lokalu, który był tuż obok – restauracji „Pod Żurawiem”.

 

Jakiś czas po akcji, strażacy dostali pismo, z którego wynika, że dokonali strat na zawrotną kwotę 380 tysięcy złotych! Właściciele „Pod Żurawiem” na tyle ocenili koszt wypompowanej wody, zniszczonych brzegów i roślin wokół stawu, oraz fakt zanieczyszczenia go benzyną.

 

Strażacy bronią się, że mieli prawo wykorzystać każde źródło wody znajdujące się w pobliżu, a dodatkowo wskazują, że właściciele lokalu po akcji gaśniczej poczęstowali ich obiadem.

 

Właściciele lokalu zaznaczają, że nie chodzi im o ukaranie strażaków, a jedynie pokrycie poniesionych strat:

 

„Doskonale rozumiemy sytuację, wiemy, że strażacy działali w stanie wyższej konieczności i również staraliśmy się pomóc jak. Ale przy okazji doszło do sporych zniszczeń. Wystosowaliśmy pismo, ponieważ chcieliśmy wskazać, że są określone starty, które ktoś będzie musiał pokryć. Jesteśmy otwarci na wszelkie rozmowy i propozycje”

 

Jakie jest wyjście z tej sytuacji? Wydaje się, że zgodnie z prawem właściciel lokalu i posesji ma pełne prawo ubiegać się o odszkodowanie. Przewiduje to nasze prawo, ale jak długo potrwa sprawa i czy odszkodowanie w takiej wysokości uda się uzyskać – to kwestia osobna.

 

No i wreszcie, czy uszkodzenie jednego stawu wodnego może kosztować niemalże 400 tysięcy złotych?

Rodzinny wypad nad staw skończył się interwencją policji i strażaków

We wtorek około godziny 16 czteroosobowa rodzina postanowiła odpocząć po pracy nad stawem w dzielnicy Makoszowy w Zabrzu. Ojciec chciał przepłynąć zbiornik wodny, wziął ze sobą 6-letnią córkę. W połowie długości nagle mężczyzna zginął pod wodą. Dziewczynka zdołała utrzymać się na powierzchni. Na pomoc ruszył jej 14-letni brat z mężczyzną, który również był w pobliżu.

 

Akcja poszukiwawcza 57-letniego mężczyzny trwa już drugi dzień. Na miejscu pracuje policja i straż. Bez efektu. Zbiornik przeszukiwali również płetwonurkowie ze Specjalistycznej Grupy Ratownictwa Wodno-Nurkowego w Bytomiu.

 

W pierwszy dzień z powodu burz funkcjonariusze akcję zakończyli po 2-godzinnych poszukiwaniach. Dziś znów powrócili do pracy. Jak tłumaczy Agnieszka Żyłka, rzeczniczka zabrzańskiej policji:

 

„Akcja jest trudna, bo to wyrobisko pokopalniane, głębokie, zarybione, działania utrudniają roślinność i muł.”

 

Źródło: tvn24
kd