marriott

[WIDEO] Gość wspiął się na Hotel Marriott w Warszawie. Oglądasz na własną odpowiedzialność

Marcin Banot, czyli popularny polski youtuber „BNT” wspina się w miejsca gdzie stopa zwykłego człowieka by nie stanęła. Tym razem obrał Hotel Marriott w Warszawie. Patrząc na to jak piętro po piętrze wspina się coraz wyżej można dosłownie zemdleć. Gdy widzimy takie akcje, to włosy jeżą się nam na głowie. Ile trzeba mieć odwagi, żeby przezwyciężyć tę granicę życia i śmierci? Tak to trzeba nazwać, jedna pomyłka i po tobie.

Hotel Marriott w Warszawie jest ogromny. Nic więc dziwnego, że widokiem niecodziennym jest mężczyzna który się na niego wspina. Marcin Banot nie robi sobie z tego zupełnie nic. Chodzi po kominach Czech, Rumunii, a przede wszystkim Polski. Kiedyś wszedł na hotel w Barcelonie, więc i na Warszawę przyszedł czas.

ZOBACZ:Oto metody działkowców na pozbycie się kretów. Czy zadziałają również w Twoim ogrodzie?

źródło fot. i wideo: youtube.com

K2

Polak miał poważny wypadek na K2. Dla niego to już koniec wyprawy!

Na przełomie stycznia i lutego często słyszymy o wypadkach na K2. Niestety, właśnie doszło do kolejnego. Uczestniczący w wyprawie prowadzonej przez Alexa Txikona Waldemar Kowalewski musiał zakończyć podejście. Powodem był kamień, który spadając trafił go w szyję.

Uderzenie było na tyle silne, że doskwierający mu ból zmusił go do zrezygnowania z wejścia na K2. Nie obyło się również bez komplikacji podczas zejścia z góry. Gdy wracał do bazy, przewrócił się na ostrych kamieniach, a następnie zabłądził na lodowcu. Na szczęście, w okolicy byli Baskowie, którzy udzielili mu pomocy i pomogli w dotarciu do bazy. O wszystkim poinformowała na Facebooku Monika Witkowska. Zdradziła również treść SMS-a, którego dostała od Kowalewskiego. Rezygnuję, bo podczas podnoszenia ciężaru boli mnie lewe ramię. Mam pęknięte coś w środku, bo czuję jak chrzęści – napisał himalaista.

 

ZOBACZ:Doda boi się o swoje życie. Chciano ją zabić na scenie!

 

W wyprawie prowadzonej przez Txikona pozostaje jeszcze dwóch Polaków – Paweł Dunaj i Marek Klonowski. Ponoć dotarli już oni na wysokość 6500 metrów, w okolice tzw. Komina House’a.

źródło: tatromaniak.pl

fot. facebook.com

rysy, upadek, topr, turystka

O WŁOS OD ŚMIERCI! Uchwycił na kamerze UPADEK Z RYSÓW! Mogło skończyć się dramatem [VIDEO]

Góry zimą nie są dla wszystkich. Wymagają odpowiedniego przygotowania, umiejętności i sprzętu. Paradoksalnie Rysy, które latem nie należą do najłatwiejszych wierzchołków, zimą przy dobrej pogodzie nie stanowią problemu dla odpowiednio wyposażonego turysty. Jednak upadek z nich wciąż może być potwornie groźny. Przekonała się o tym ta turystka.

 

Zimą na Rysy podchodzi się nie po skałach i łańcuchach, a ośnieżonym żlebem. Jego sprawne pokonanie wymaga użycia raków i czekana. Zdarzają się niestety tacy, którzy wchodzą bez tego sprzętu.

 

Osoba niewyposażona najpewniej spadłaby aż do Czarnego Stawu. Kobieta, która zaliczyła upadek na szczęście miała sprzęt i umiała go używać. Gdy straciła równowagę i zaczęła się staczać na dół, zgrabnie przekoziołkowała układając się na brzuchu i wbiła czekan mocno w śnieg. Dzięki temu, oraz temu szybko się zatrzymała. Miała też nieco szczęścia, bo żleb nie był zalodzony, a śnieg ubity, tylko kopny. To ułatwiło „awaryjne hamowanie”.

 

 

„Raki i czekan powinny być nieodłączną parą. Turyści często o tym zapominają. Same raki nic nam nie dadzą. Bez czekana nie jesteśmy w stanie utrzymać równowagi przy wspinaczce albo zahamować podczas zjazdu”

 

– mówi Marcin Józefowicz, ratownik TOPR. Same raki, gdy upadniemy nic nam nie pomogą, bo wbite w śnieg doprowadzą w najlepszym razie do koziołkowania, a w najgorszym do poważnych urazów nóg.

 

Niestety, w kronikach TOPR wciąż pojawia się sformułowanie „brak odpowiedniego sprzętu” przy opisywaniu tatrzańskich wypadków. Niech ten film uświadomi nam dlaczego jest on tak niezbędny.

 

wp.pl/ foto: screenshot youtube.com/mateusz grefkowicz

Nanga Parbat nagranie, revol

Elisabeth Revol PRZYPOMNIAŁA o sobie. Twierdzi, że chce wyznać prawdę o NANGA PRABAT – oto co miała do powiedzenia

Gdy wszyscy już zapomnieli o sprawie – Elisabeth Revol postanowiła o sobie przypomnieć. I choć twierdziła, że nie ma materiałów z samego wierzchołka Nanga Parbat, teraz zamierza zamknąć usta niedowiarkom.

 

Elisabeth Revol poinformowała, że cała historia wyprawy  na Nanga Parbat, a szczególnie samego ataku szczytowego, zostanie opisane w obszernym artykule. O zdobyciu szczytu Francuzka informowała już Adama Bieleckiego i Denisa Urubkę, którzy uratowali ją na stokach ośmiotysięcznika. Później jedyne co himalaistka pokazała na dowód, to nagranie spod kopuły szczytowej.

 

Wielu internautów nie wierzyło w jej zapewnienia. Wprawdzie wśród wspinaczy wciąż panuje zasada zaufania i jeśli ktoś twierdzi, że szczyt zdobył, to raczej się tego nie podważa. Widocznie jednak Revol boli podejrzliwość reszty opinii publicznej.

 

Jak poinformowała wspinaczka, jej historię opisze Lindsay Griffin współpracujący z periodykiem „American Alpine Journal”. Jest to jednak magazyn ukazujący się raz do roku, zazwyczaj w sierpniu. Czy więc na ten tekst będziemy musieli czekać aż tyle?

 

Kolejne pytanie dotyczy tego, co właściwie Francuzka ma do powiedzenia. Czy jednak są jakieś dowody na zdobycie szczytu? Jeśli nie ma zdjęć i filmów, to nie oznacza, że Revol nie będzie w stanie wnieść nic nowego. Może np. opisać wygląd szczytu, a wtedy zweryfikować to będą mogli pierwsi zimowi zdobywcy z 2016 roku. Dodatkowo mogła znaleźć jakieś przedmioty po tej wyprawie, które zwyczajowo zostawia się po zdobyciu szczytu. W taki sposób wielokrotnie już potwierdzano wejścia różnych himalaistów. Miejmy więc nadzieję, że Revol ma coś ciekawego i istotnego do powiedzenia, a nie jest to tylko próba zwrócenia na siebie uwagi.

 

wprost.pl

urubko, himalaista, denis

Urubko przyznał, że jego wyjście na K2 prawie skończyło się tragicznie: „potrzebowałem CUDU by przeżyć”

Denis Urubko wyruszył już z bazy pod K2 na trekking do Skardu skąd wróci do domu. Himalaista opuścił wyprawę po powrocie z samotnego ataku na szczyt, który nie był skonsultowany z kierownikiem i grupą. Jak opowiada sam wspinacz, swojej decyzji omal nie przypłacił życiem!

 

W sobotni poranek Urubko jak gdyby nigdy nic zjadł śniadanie, wrócił do swojego namiotu i… potajemnie wymknął się z bazy. Teraz tłumaczy, że zrobił tak bo nie chciał „aby ktokolwiek czuł na sobie odpowiedzialność”.

 

Wspinacz dotarł do wysokości 6200 metrów, gdzie zanocował w namiocie. Pogoda, mimo dość optymistycznych prognoz nie poprawiała się. Co więcej Urubko nie zabrał ze sobą radiotelefonu i odkąd minął ostatni zespół polskich wspinaczy nie było z nim kontaktu.

 

Teraz wiemy, co działo się z nim od tego momentu. Nazajutrz wyruszył pod górę i dotarł na 7200 metrów, ale pogoda była „fatalna”. Dopadła go zamieć śnieżna, mróz i silny wiatr. Mimo to, po kilku godzinach oczekiwania Urubko ruszył pod górę. Dotarł do mniej-więcej 7600 metrów.

 

Tam wydarzyło się najgorsze – himalaista wpadł do około 5-metrowej szczeliny lodowej. Nie mając wsparcia, ani możliwości wezwania pomocy w zasadzie był bez szans.

 

„Sturlałem się tam ze śniegiem. Potrzebowałem cudu, żeby się stamtąd wydostać. Dziękuję ci tato za intuicję. Po kilku godzinach wyszedłem z tego. Pozostało mi tylko schodzić”

– opowiada Urubko.

 

Po powrocie do bazy, wspólnie z resztą grupy podjął decyzję o opuszczeniu bazy. Zespół nie widział możliwości dalszej współpracy z Denisem, a on sam uznał, że zima po prostu się kończy – dla niego nie trwa bowiem do 20 marca, a do 28 lutego.

 

Sprawa na pewno położy się cieniem na reputacji Denisa, a historia, którą opowiedział tylko potwierdza opinie wszystkich tych, którzy uważali jego wyjście za nieodpowiedzialne i niebezpieczne. Mimo to cieszymy się, że mężczyzna wrócił na dół cały i zdrów. I tego samego życzymy każdemu wspinaczowi, niezależnie od tego, jakim jest człowiekiem.

 

wprost.pl/sportowefakty

Staruszek zmarł podczas próby zdobycia szczytu

85-letni Nepalczyk Min Bahadur Sherchan zmarł w sobotę podczas zdobywania Mount Everestu. Podjął tę próbę, by ponownie stać się najstarszym człowiekiem, który wszedł na najwyższy szczyt świata, wznoszący się na 8850 metrów n.p.m.

 

Mężczyzna zmarł w bazie. Przyczyna śmierci nie jest znana.

 

Sherchan, mając 76 lat, wszedł na Mount Everest już w 2008 roku, stając się najstarszym człowiekiem, jaki zdobył najwyższy szczyt świata. W 2013 roku pokonał go jednak Japończyk Yuichiro Miura, który mimo problemów z sercem wspiął się na Everest, mając 80 lat.

 

Przed wyprawą Sherchan mówił w kwietniu agencji AP, że trenował wiele miesięcy i nie cierpi na żadne schorzenia układu oddechowego ani krążenia, ciśnienie miał w normie.

 

Jego zamiłowanie do gór datowało się od lat 60., kiedy to został z ramienia nepalskich władz łącznikiem szwajcarskiej ekipy zdobywającej Mount Everest. Potem uprawiał jabłonie, pracował przy budowie dróg i zapór, aż osiadł w Katmandu, gdzie prowadził hotele.

 

PAP
kd