ciała na evereście

Trupy poprzedników jak drogowskazy. Ośmiotysięczniki to prawdziwe CMENTARZYSKA – ciała muszą tam zostać na zawsze

Powyżej 7 tysięcy metrów rozpościera się tzw. strefa śmierci. Powietrze jest rozrzedzone, ciśnienie trzy razy niższe niż na poziomie morza. Organizm się nie regeneruje, a każda zbędna minuta na tej wysokości przybliża nas do zgonu. Każdy wspinacz o tym wie, a jednak wielu śrubuje swoją wytrzymałość ponad granice. Dla niektórych kończy się to tragicznie. Część zginęła z powodu zwykłego pecha. Ich zwłok zazwyczaj nie można sprowadzić na dół. Oto mroczna strona wspinaczki na ośmiotysięczniki. 

 

Wśród najbardziej „śmiercionośnych” ośmiotysięczników wymienia się szczyty takie jak Annapurna, Nanga Parbat, K2 i Mount Everest. Tylko na zboczach najwyższej góry świata może spoczywać nawet dwieście ciał!

 

Niektóre z nich służą wspinaczom za drogowskazy. Tak stało się z tzw. „zielonymi butami”, ciałem najprawdopodobniej hinduskiego himalaisty, który zginął na wysokości 8500 metrów na Mount Everest  10 maja 1996 roku, w czasie dramatycznego załamania pogody. Historia ta została opowiedziana w filmie „Everest”. Teraz zielone buty wspinacza są jak drogowskaz dla zdobywających szczyt od strony północnej.

 

W wypadku Everestu największy problem stanowi znaczna wysokość – tam, gdzie wiele ośmiotysięczników „kończy się”, kopuła szczytowa Everestu dopiero się zaczyna. Dodatkowo szczyt jest popularny wśród wypraw komercyjnych, które często pozwalają na zmierzenie się z „Górą Gór” osobom do tego nieprzygotowanym.

 

Wielu wspinaczy zmarło, bo przeszacowało swoje siły. Laik może zapytać, czemu ich ciała są pozostawione w górach? Z jednej strony jest to zwyczaj, z drugiej wynika to z niemożliwości podjęcia takiej akcji. Na tych wysokościach ściągnięcie jednego zamarzniętego ciała wymagałoby zaangażowania kilkudziesięciu osób, które tym samym musiałyby ryzykować własnym życiem.

 

Przypadki sprowadzenia zwłok są naprawdę sporadyczne. Czasem ciała wspinaczy przenosi się jedynie nieco niżej i z dala od dróg wspinaczkowych, aby zapewnić im spokój po śmierci. Jednak i to wymaga nieludzkiego wręcz wysiłku.

 

Tak stało się np. z ciałem Tomasza Kowalskiego, polskiego wspinacza, który zginął w czasie zejścia z Broad Peak, po pierwszym zimowym wejściu na ten ośmiotysięcznik w 2013 roku. Jego ciało pozostawało w miejscu, gdzie każdy zmierzający na szczyt musiał przejść po nim. Jacek Berbeka, brat Macieja, który także zginął w czasie zejścia z Broad Peak opuścił z pomocą Jacka Jawienia ciało Tomka około 100 metrów niżej i zabezpieczył. Na większy wysiłek himalaiści nie mogli sobie pozwolić. Cała akcja trwała ponad 6 godzin.

 

Góry najwyższe zapewne pochłoną jeszcze setki ofiar. Większość z nich pozostanie tam na zawsze. Część będzie stanowić straszną przestrogę dla innych wspinaczy, ale większość nigdy nie zostanie odnaleziona. Niestety tak ryzykowna pasja czasem wymaga poniesienia najwyższej ceny.

 

piłkarki

TRZY PIŁKARKI I PUSTA BRAMKA – co może pójść nie tak? Z tych zawodniczek ŚMIEJE SIĘ CAŁY INTERNET! [VIDEO]

Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się jak nie grać w piłkę nożną – oto odpowiedź.

 

Do absurdalnie komicznej sytuacji doszło na meczu piłki nożnej kobiet FK Gintra – FC Barcelona. Piłkarki z Litwy zostały rozgromione przez żeńską drużynę „Dumy Katalonii” 6:0.
Miały jednak szansę wyjść z twarzą i strzelić honorową bramkę, po błędzie bramkarki Barcelony, ale wtedy… a zresztą, zobaczcie sami:

My czegoś takiego jeszcze nie widzieliśmy. A Wy?

wieloryba

Przeżyli SZOK, gdy rozpruli brzuch martwego wieloryba. Oto, co znaleźli w środku! [FOTO]

W ręce tajskich weterynarzy dostał się bardzo słaby wieloryb, który już na pierwszy rzut oka wyglądał na chorego. Mimo 5-dniowej walki o jego życie, zwierzęcia nie udało się uratować. Lekarze postanowili sprawdzić, co zabiło to wielkie stworzenie. Sekcja zwłok przyniosła zaskakujący i przerażający rezultat.

 

Od samego początku zwierz wzbudzał podejrzenia lekarzy. Po odłowieniu wypluł pięć dużych plastikowych toreb. Gdy zdechł i przeprowadzono sekcję, okazało się, że w jego brzuchu znajduje się aż 8 kilogramów śmieci! De facto niemal cały żołądek wieloryba był wypełniony odpadkami!

 

Wśród nich znajdowało się aż 80 plastikowych worków i wiele innych śmieci, których nie dało się strawić.

 

Wykorzystamy ten okaz jako przykład. Zaprosimy wszystkich największych producentów i będziemy starali na nich wpłynąć, by zaproponowali rozwiązania, które poprawią sytuację w oceanach. Chcemy zmniejszyć użycie plastiku w Tajlandii

 

– powiedział Jatuporn Buruspat, minister gospodarki wodnej Tajlandii

 

Skąd w żołądku wieloryba znalazło się aż tyle śmieci? Wynika to z coraz większego zanieczyszczenia odpadami plastikowymi mórz i oceanów. Zwierzęta takie jak wieloryby w zasadzie nie są w stanie pozyskiwać pokarmu, który nie jest zanieczyszczony śmieciami.

 

 

 

Odpadki stopniowo odkładają się w ich układach pokarmowych, co prowadzi do śmierci z wygłodzenia. Mniejsze ryby i inne stworzenia morskie także zjadają plastik, który w efekcie trafia także do naszych organizmów. Szacuje się, że każdego roku do mórz trafia aż 8 milionów ton śmieci.

 

o2.pl/pixabay

pompeje

Uczeni w SZOKU: ludzie robili TO już w starożytnych Pompejach – wykopaliska dały zaskakujący rezultat!

Pompeje to prawdziwa gratka dla archeologów z całego świata. Starożytne miasto przykryte kilkumetrową warstwą popiołu dosłownie zastygło jak na fotografii. Tyle, że jest ona trójwymiarowa i dzięki temu badacze w Pompejach mogą zdobyć ogromną ilość informacji o życiu sprzed dwóch tysięcy lat. Jak się okazuje – było ono bardzo podobne do naszeg

 

Do tej pory Pompeje kojarzyły nam się przede wszystkim ze szczątkami ludzkimi, które popiół przykrył w dramatycznych pozach, ukazujących tragizm ich nagłej śmierci[ZOBACZ: Gdy spojrzał za siebie nadeszła śmierć ]. Tym razem archeolodzy nie odkopali żadnych szkieletów, za to odkryli… ślady po kampanii wyborczej sprzed dwóch tysięcy lat!

 

 „Proszę was, wybierzcie Elvio Sabino, budowniczego godnego państwa, dobrego człowieka”

 

grzmi napis odsłonięty na jednym z murów.

 

Napis wykonano czarną i białą farbą, bardzo starannie. Poprzednie bazgroły ( a może hasła kontrkandydatów?) zakryto białą farbą.

 

Hasło brzmi bardzo nowocześnie i w zasadzie mimo upływu dwóch tysięcy lat mogłoby znaleźć się i na dzisiejszych plakatach wyborczych. Warto jednak wiedzieć, że w starożytnym Rzymie nie możemy mówić o demokracji w dzisiejszym rozumieniu tego słowa.

 

Pompeje i okolicę zamieszkiwało około 36 tysięcy ludzi, z których połowę stanowili niewolnicy. Jedna czwarta reszty to kobiety i dzieci bez praw wyborczych. W praktyce pozostaje więc około siedmiu tysięcy osób uprawnionych do głosowania na swoich przedstawicieli do urzędów. Nie dziwota więc, że Elvio Sabiano bardzo zależało aby jego imię wryło się w świadomość obywateli miasta Pompeje!

 

fakt.pl/twitter.com

paralotniarz

Paralotniarz NABIŁ się na pień drzewa! Potworny wypadek uwiecznił na zdjęciach [FOTO +18]

Iwan Krasouski to białoruski paralotniarz, który swoje podniebne wyczyny dokumentuje w Internecie na portalu społecznościowym vk.com. Jednak jego ostatni przelot omal nie zakończył się tragicznie. Z powodu usterki spadł i nabił się wprost na grubą sosnę! Cały wypadek został skrzętnie udokumentowany.

Iwan Krasouski odbywał lot niedaleko miejscowości Łaszany, koło stołecznego Mińska. W pewnym momencie najprawdopodobniej oberwała się jedna z linek podtrzymujących spadochron. Wtedy paralotniarz runął na las znajdujący się pod jego stopami.

 

Traf chciał, że mężczyzna nabił się na gruby konar sosny. Ratownicy nie mogli usunąć konara na miejscu, dlatego odcięli go i Krasouski wraz z nim powędrował do szpitala. Sam Białorusin niezbyt przejął się wypadkiem, nazywając go „największą zadrą świata”.

 

Paralotniarz przeszedł zabieg wyjęcia „zadry” w szpitalu w Borowlanach. Jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo. Patrząc na rozmiar obrażeń zakrawa to niemal na cud! Sam zainteresowany bardzo ciekawie zapamiętał swój wypadek:

 

Myślałem, że miękko wylądowałem, zrywam sweter, a tam sterczy polano o średnicy arbuza

 

– powiedział mediom.

 

Najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło. A my po raz kolejny jesteśmy zadziwieni jak poważne obrażenia może przetrwać ludzki organizm. Zdjęcia bez cenzury możecie znaleźć profilu Iwana Krasouskiego na portalu vk.com, [ZOBACZ]  

https://vk.com/id184416050?w=wall184416050_153

 

wprost.pl/ foto: vk.com/ivankrasouski

roślina groźna, barszcz sosnowskiego

 Pokrzywa to pikuś: ta roślina MASAKRUJE skórę: „Gdy pojawiły się bąble KRZYCZAŁ Z BÓLU” – uważaj!

Ciepłe i wilgotne lato to czas, gdy jest najgroźniejsza. Choć od lat prowadzone są kampanie informacyjne, wciąż zdarza się, że roślina ta jest lekceważona. Chodzi oczywiście o Barszcz Sosnowskiego – chwast, co do którego były zupełnie inne zamierzenia.

 

W latach 50-tych Barszcz Sosnowskiego sprowadzono z Kaukazu i nasadzano w niemal całym ZSRR i satelitach jako roślinę pastewną. Szybko okazało się, że zwierzęta nie chcą go jeść, ale też jest groźny dla zdrowia. Gdy uprawy porzucano wyszło też na jaw, że to bardzo inwazyjna roślina

 

Teraz z problemem Barszczu Sosnowskiego boryka się praktycznie każdy zakątek Polski. W ostatnich dniach poważnie poparzony został 7-letni chłopiec mieszkający w Wielkopolsce. Filip bawiąc się w chowanego wpadł w Barszcz, ale zlekceważył to. Prawdziwe objawy pojawiły się dopiero kolejnego dnia.

 

Zaczęło się od zaczerwienienia, wysypki i swędzenia. Wkrótce pojawiły się też bąble wypełnione płynem, podobne do tych przy poparzeniach. Jego mama mówi, że przez nie dziecko krzyczało z bólu”.

 

Oparzenia spowodowane przez barszcz Sosnowskiego mogą goić się nawet kilka lat. Dlatego tak ważne jest aby unikać tych roślin. W wyjątkowych sytuacjach groźne może być samo przebywanie w pobliżu roślin, szczególnie w upalną i wilgotną pogodę.

 

Niestety, ale wygląda na to, że ten problem będzie stopniowo narastał, ponieważ barszcz bardzo trudno wyplenić. Dlatego jeśli widzicie takie roślin lepiej omijać je z daleka. Można też zgłosić je straży miejskiej lub lokalnej administracji, choć nie ma gwarancji, że podejmą one odpowiednie kroki.

 

wprost.pl/wikipedia/pixabay

domek, drzewo, las

W środku lasu wybudował bajkowy domek na drzewie. Piękna konstrukcja służyła do KOSZMARNYCH PRAKTYK!

Po raz kolejny okazało się, że nic nie jest takie, jak może się wydawać na pierwszy rzut oka. Bajkowy, misternie skonstruowany domek na drzewie w środku lasu w stanie Waszyngton w USA był tak naprawdę miejscem praktyk, które jeżą włosy na głowie każdego normalnego człowieka. Na szczęście jego konstruktor, po rocznych poszukiwaniach jest już w rękach policji.

 

W listopadzie 2016 roku pracownicy Departamentu ds. Zasobów Naturalnych dokonali niezwykłego odkrycia. W lesie nad rzeką Snoqualmie na wschód od Seattle, w stanie Waszyngton znaleźli podejrzany domek na drzewie. Nie był on nigdzie zgłoszony, nie figurował w żadnych dokumentach i najpewniej powstał nielegalnie.

 

Gdy pracownik Departamentu wszedł do domku, znajdującego się około 2 metrów nad ziemią, zamarł. Wewnątrz wszystkie ściany obklejone były dziecięcą pornografią. Zabrał kilka zdjęć ze sobą i przekazał policji. Następnie przyprowadził na miejsce przedstawiciela szeryfa, który zebrał więcej dowodów. W domku, poza pornografią znajdowały się zapasy jedzenia i inne przedmioty. Ewidentnie był cały czas użytkowany.

 

Jeden z wolontariuszy pracujących jako górski ratownik wielokrotnie widywał w okolicy domku pewnego SUVa. Zapamiętał tablice rejestracyjne, które sprawdziła policja. W ten sposób dotarli do Daniela Wooda mieszkającego w miejscowości nieopodal. Rozpoczęła się obserwacja i zbieranie dowodów.

 

Detektywi zebrali odciski palców, które mężczyzna pozostawił na kierownicy swojego motocykla i papierowym kubku, który wyrzucił. Po analizie w laboratorium okazało się, że są to takie same ślady jak z „bajkowego domku”.

 

Mężczyzna został zatrzymany, a w jego domu zabezpieczono jeszcze więcej pornografii. Wkrótce ruszy przeciwko niemu proces. Wciąż jednak nie wiadomo, czy w domku nie przebywały z nim jakieś dzieci i czy budowla nie skrywa bardziej przerażających sekretów.

 

kiro7.com

7 lat w trumnie, autostop

Autostop z HORRORU. Spędziła SIEDEM LAT zamknięta w TRUMNIE!

Ta historia jest po prostu niewiarygodna. Młoda Collen Stan chciała dostać się do swojej przyjaciółki. Wybrała autostop. Nigdy nie dotarła na miejsce. Za to po siedmiu latach powróciła do domu i opowiedziała swoją potworną historię. Jej oprawca został skazany na 135 lat więzienia.

 

W 1977 roku Collen Stan miała 20 lat. Chciała pojechać do swojej przyjaciółki na imprezę i bardzo ucieszyła się, gdy na jej drodze pojawił się samochód z rodziną z dzieckiem. Droga z jej miasteczka – Eugene w stanie Oregon do północnej Kalifornii wydawała się prosta. Małżeństwo Hookerów zaproponowało jej podwózkę oraz zwiedzenie przy okazji wspaniałych jaskiń znajdujących się nieopodal.

 

Wtedy na odludziu Collen została zaatakowana nożem przez głowę rodziny, Camerona. Zamknął ją w drewnianej skrzyni na wzór trumny i trzymał pod łóżkiem, na którym sypiał ze swoją żoną Janice. Młoda autostopowiczka szybko stała się jego kolejną seksualną niewolnicą. Wmówił jej, że należy do potężnej organizacji, która monitoruje jej dom rodzinny. Jeśli Collen nie będzie uległa lub spróbuje uciec – wtedy ona i jej bliscy zginą.

 

Collen uwierzyła i przez kilka lat posłusznie pełniła obowiązki niewolnicy. Była tak zastraszona, że nawet zyskując coraz więcej swobody nie próbowała uciec. Nie pisnęła słówkiem także w 1981 roku, kiedy wraz ze swoim oprawcą odgrywającym rolę jej chłopaka… odwiedziła rodziców! Ci niczego się nie domyślili – uznali, że ich córka wplątała się w działalność jakiejś sekty i obawiali się, że zbyt zdecydowana reakcja sprawi, że córka zniknie na zawsze.

 

Sytuacja zmieniła się w ciągu kolejnych trzech lat, gdy Cameron Hooker zapragnął posiąść ją jako drugą żonę. W międzyczasie i tak przetrzymywał ją w trumnie i torturował. To tak rozwścieczyło jego pierwszą żonę, Janice, że ta wyjawiła Collen całą prawdę. Przekonała ją, że nie ma żadnej tajnej organizacji, a Cameron jej także kilka lat wcześniej przeprowadził podobne pranie mózgu. Dopiero wtedy Collen zdecydowała się na ucieczkę do domu.

 

Finał

 

Finał tej historii jednak także jest zaskakujący. To nie Collen zadzwoniła na policję, tylko Janice. Maltretowana autostopowiczka tłumaczyła potem, że chciała dać kilka miesięcy Hookerom na zmienienie swojego życia. Ostatecznie, w sądzie opowiedziała całą swoją historię, podobnie jak Janice, która w zamian za pełen immunitet obciążyła swego męża, co doprowadziło do skazania go na 135 lat więzienia. O przedterminowe zwolnienie będzie mógł ubiegać się w 2022 roku – ale raczej nie wyjdzie na wolność.

 

Obie panie żyją obecnie w Kalifornii, prowadząc normalne życie, ale nie kontaktując się ze sobą. Historia ta pokazuje, że nie ma granic bestialstwa, jakich nie jest w stanie przekroczyć człowiek. A zarazem – jak potężną siłą może mieć sugestia, manipulacja i tzw. syndrom sztokholmski.

wp.pl

sejf w domu

W odziedziczonym domu odnalazł UKRYTY SEJF! Jego zawartość okazała się niesamowita

Pewien użytkownik serwisu Reddit pochwalił się zdjęciami z akcji, która rozegrała się w domu, który odziedziczył po dziadkach. Gdy ściągnął wykładzinę odkrył podejrzany betonowy właz, a pod nim… najprawdziwszy szyfrowany sejf!

 

Evilenglish, bo takim pseudonimem posługiwał się Amerykanin, opisał, że najpierw próbował odgadnąć szyfr i otworzyć sejf własnoręcznie. Gdy mu się to nie udało, wezwał ślusarza.

 

Po kilku godzinach pracy sejf umieszczony w podłodze stanął otworem i… tu nastąpiło pierwsze rozczarowanie – cała jego objętość była wypełniona wodą, która wyciekała z rury przebiegającej tuż obok.

 

Jednak na jej powierzchni pływały jakieś przedmioty. Amerykanin myślał wprawdzie, że przez wodę wszystko uległo zniszczeniu, na szczęście nie było aż tak źle.

 

Okazało się, że w sejfie znajdowały się klasery z setkami zabytkowych monet! Przetrwały one wilgoć i próbę czasu w bardzo dobry sposób. Poza tym, w sejfie było kilka innych przedmiotów i nieco gotówki, która jednak rozmiękła.

 

monety

 

Co zamierza zrobić z monetami mężczyzna? Jak stwierdził, nie będzie ich sprzedawał, bo to rodzinna pamiątka. Ich wartość ocenił na kilkanaście tysięcy dolarów.

 

Kto z nas nigdy nie odkrył jakiś pamiątek po przodkach w miejscu zamieszkania, niech pierwszy rzuci kamieniem – zazwyczaj jednak próżno oczekiwać na tak niesamowite znaleziska. Mimo wszystko każde z nich jest na swój sposób cenne, jako pozostałość po bliskich nam osobach.

 

o2.pl/ foto: facebook.com